SYIS, krem ze śluzem ślimaka (Helix Extract Cream)

SYIS, krem ze śluzem ślimaka (Helix Extract Cream)

Od sierpnia tego roku testuję krem SYIS ze śluzem ślimaka, który ma wybielać przebarwienia. Czy się sprawdził? Zapraszam do recenzji ;) Uwaga - recenzja zawiera zdjęcia, które mogą być nieodpowiednie dla osób o słabszych nerwach ;)


Opakowanie: Bardzo podoba mi się opakowanie kremu - wygląda luksusowo, szkło jest matowe, grube i porządne. Pompka się nie zacina, umożliwia wyciśnięcie odpowiedniej ilości produktu. 


Zapach to ciekawy aspekt, no bo jak może pachnieć krem ze śluzem ślimaka? :)) Jest on dosyć specyficzny, za pierwszym razem, gdy odkręciłam pompkę, by powąchać krem, poczułam coś miłego (zapach dodany do kremu), jednak po rozsmarowaniu na skórze zmienia się i czuć dziwną woń... Po kilku użyciach się do niej przyzwyczaiłam i zupełnie nie przeszkadzała mi w używaniu, chociaż osoby z wrażliwszym nosem mogą być niepocieszone ;)

Konsystencja jest treściwa, krem jest określony jako dzienno-nocny, ale ja używam go tylko na noc, gdyż po aplikacji czuć trochę lepkość na twarzy, wolę nie używać go pod podkład. W nocy zupełnie mi to nie przeszkadza. Do posmarowania całej twarzy wystarczą 1-2 pompki, w zależności od potrzeb - krem jest wydajny.


Krem dobrze nawilża skórę i nie zapchał mnie w trakcie stosowania. Jest bardzo wydajny, używam go od prawie 4 miesięcy i zbliżam się do denka. Bardzo podoba mi się fakt, że ekstrakt ze śluzu ślimaka znajduje się już na drugim miejscu w składzie, tuż po wodzie. Wiele firm produkuje kremy, reklamując je jako "kremy ze śluzem ślimaka", podczas gdy tego ekstraktu jest tylko śladowa ilość na końcu składu - wówczas nie ma co liczyć na jego działanie. Tutaj nie ma to miejsca. Jeżeli chodzi o działanie rozjaśniające - ciężko mi się wypowiedzieć. Moja kapryśna cera na bieżąco powoduje powstawanie nowych blizn i czasami ciężko mi się już połapać, które są starsze, a które nowsze... Na pewno zauważyłam ogólne wyrównanie kolorytu i rozjaśnienie starszych blizn. Być może efekt byłby silniejszy, gdybym stosowała go 2x dziennie, ale przy jego treściwości nakładanie pod makijaż nie byłoby rozsądnym posunięciem ;) Cena nie jest najniższa, ale to raczej normalne dla kremów tego typu. Szału nie robi, ale nie jest zły.

Zdjęcie nie dla osób o słabszych nerwach ;)


Pojemność: 30 ml
Cena: 79,90 zł
Recenzja listopadowego Shinyboxa

Recenzja listopadowego Shinyboxa

O listopadowym Shinyboxie pisałam już tutaj: Link, dzisiaj przychodzę z opinią dotyczącą produktów w nim zawartych ;)


Na pierwszy ogień idzie L'Occitane :)




Szampon
Odżywka
  • L'Occitane, odbudowujący szampon do włosów suchych i zniszczonych, odbudowująca odżywka do włosów suchych i zniszczonych - Ten duet z jednej strony mnie zachwycił, z drugiej zaś zniechęcił. Producent spełnił swoje obietnice, włosy po użyciu tego zestawu są bardzo miękkie, wygładzone i błyszczące - naprawdę idealne, po pierwszym użyciu nie mogłam przestać ich macać ;) Ale niestety przetłuszczały się nieco szybciej niż zwykle. Szampon co prawda jest raczej wydajny, ale odczuwałam potrzebę dwukrotnego mycia dla pewności. Raz zmywałam nim olej Amla i poradził sobie. Odżywka dość rzadka, lejąca, choć nie spływała z włosów. Zapach obu produktów bardzo przyjemny - taki ziołowo-orientalny, podobał się zarówno mi, jak i TŻ-owi :) Ogólnie byłam zadowolona, tylko to obciążenie... Myślę, że posiadaczki włosów suchych się nie zawiodą. Moje przetłuszczające się kłaki miały z tym problem ;)

(zdjęcie można powiększyć)


Balsam
  •  Bentley Organic, Łagodzące mleczko i łagodzący żel pod prysznic. Byłam niesamowicie ciekawa tej firmy i spotkało mnie ogromne(!) rozczarowanie... To jest jakaś masakra :( Kosmetyki organiczne, naturalne kojarzą się odrobinę z luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić, określenia typu "eko", "organiczny" itd. są już niemal trendem... Ale moje zdanie jest takie, że kosmetyk ma przede wszystkim działać i być dobry, a jego ekologiczność i organiczność mogą być jedynie dalszymi atutami... W żadnym wypadku nie jedynymi, a tutaj tak jest ;) Zapach obu produktów lawendowy, ani przyjemny, ani nieprzyjemny... Mi się akurat nie podoba, ale to nie jest najistotniejsze. Żel skończył mi się po kilku użyciach, może czterech, co jest potwornie słabym wynikiem. Przyczyna tkwi w tym, że on się bardzo słabo pieni, przez co wydajność jest słabiutka... Nie nawilża ani nie wysusza, ale co to za przyjemność lać ćwierć buteleczki żelu na gąbkę, żeby umyć całe ciało czymś, co wcale jakoś super hiper nie pachnie? Nawet się cieszyłam, że tak się szybko skończył :) Za to balsam był bardzo wydajny w negatywnym tego słowa znaczeniu, dlaczego? Otóż wprost okropnie smuży.... Im bardziej chciałam rozsmarować, tym bardziej smużył i zwiększał swoją objętość na ciele, trzeba było się nieźle nagimnastykować :P Oprócz tego wcale nie nawilża tak, jak bym tego oczekiwała - ot zwykły, lekki lotion o średnim zapachu, nic więcej... Duże rozczarowanie ze strony firmy :( Brak przyciągającego zapachu, żel, który się nie pieni i lotion, który słabo nawilża i smuży przy rozsmarowywaniu - komfort stosowania zerowy... 




Tej maseczki użyłam na razie tylko raz więc ciężko mi się wypowiedzieć, ale zużyłam jej niewiele na jedną aplikację (jest wydajna), wystarczy na jeszcze kilka, więc po zużyciu coś o niej skrobnę ;)

Teraz już wiem, że zawartość tego boxa nie była dla mnie :( Chociaż L'Occitane miał swoje plusy i minusy :)
Podsumowanie listopada - zużycia i nabytki

Podsumowanie listopada - zużycia i nabytki

Dzisiaj w całej blogosferze pojawia się tematyka Mikołajek ;) A ja przyznam szczerze, że wcale ich nie czuję, a nawet wolałabym, żeby ten dzień już się skończył :) Wyjątkowo męczący i pracowity, dopiero znalazłam chwilkę, którą mogę poświęcić na zrobienie czegoś przyjemnego - napisanie posta ;) Listopad już za nami, a wraz z nim zużytych zostało trochę kosmetyków, kilka również do mnie zawitało :)

Zacznę od zużyć.


  • Płyn do higieny intymnej Joanna Naturia - kupiłam go jakiś czas temu na wyjazd ze względu na małą buteleczkę, byłam z niego raczej zadowolona, może kiedyś kupię ponownie w tym samym celu. Niedługo zrecenzuję.
  • Dezodorant Rexona - byłam z niego bardzo zadowolona, chociaż wolę sztyfty. Niedługo zrecenzuję.
  • Zmywacz do paznokci o zapachu migdałów Isana - to już moja kolejna i na pewno nie ostatnia buteleczka -  Link do recenzji
  • Krem do rąk Alva - dobry, ale nie idealny - Link do recenzji
  • Żel pod prysznic Bentley Organic - na dniach pojawi się recenzja, nie byłam z niego zadowolona :(
  • Oliwkowy krem do ciała Isana - uwielbiam i będę mu wierna - Link do recenzji
  • Krem do twarzy Eva Natura z ekstraktem z melisy - lubiłam ten kremik - Link do recenzji
  • Peeling enzymatyczny Ziaja Calma HLC - niestety nie przypadł mi do gustu, nie mam pojęcia gdzie zapodziałam dolną część opakowania, może przypadkiem wyrzuciłam, ale na pewno został zużyty. Link do recenzji
6 opakowań pełnowymiarowych, 2 miniaturki :)
Przyszła pora na milszą część posta - nabytki :D


Przedwczoraj (4 grudnia) miałam urodziny i imieniny, podobnie jak Basia8212 :) Od TŻ dostałam 3 olejki: Amla, Bhringraj oraz Heenara :) Chciał jeszcze kupić olejek Sesa, ale niestety był akurat niedostępny. Nie ukrywam, że skaczę z radości :D Od siostry dostałam uroczy portfel Bentu (śliczny, fuksjowy), winko i ogroooomny kubek (uwielbiam takie dzbany *.* ), od rodziców suszarkę do włosów Remington D3710, taką jak polecała Anwen tutaj, od przyjaciela winko i czekoladę, a od dziewczyn ze studiów czekoladę :) Więc jestem po prostu przeszczęśliwa, same praktyczne rzeczy - do użycia, zużycia lub spożycia :D

Niżej w nabytkach płatki Iseree, ostatnio bardzo się zdziwiłam, gdy natknęłam się na brak płatków w domu! Akurat miałam zmywać makijaż i - przyzwyczajona do zapasów - sięgnęłam do szafki, a tam pusto... Więc na drugi dzień zawitałam do Lidla (jest tuż koło uczelni) i zaopatrzyłam się w nie ;) Bardzo je lubię, recenzowałam tutaj - Link do recenzji

Od sklepu DolinaKremowa.pl dostałam do testów 2 wybrane przeze mnie rzeczy: dwufazowy płyn Bielenda Awokado - zawsze chciałam wypróbować, a przez moje łapki ciągle przewijały się inne specyfiki do demakijażu. Więc w końcu mam okazję ;) No i baza pod cienie Dax, która kusiła mnie już od baaaardzo dawna!

Skorzystałam też z promocji Rossmanna -40% - kupiłam podkład Manhattan Powder Mat, którego bardzo lubię w sezonie jesienno-zimowym (link do recenzji), tusz do brwi Wibo - to moje drugie opakowanie, zabiorę do TŻ bo jedno już mam w domu - baaaaaardzo lubię!! I na pewno zrecenzuję ;) Kupiłam też błyszczyk Rimmel dla mamy oraz tusz do rzęs Miss Sporty Studio Lash Instant Volume - zgarnia dobre recenzje i chociaż mam kilka tuszów w zapasie, uległam... Dzisiaj użyłam po raz pierwszy, na razie jest jeszcze nieco zbyt mokry ;)

Udany miesiąc :)
L'Occitane z masłem shea - czy warto?

L'Occitane z masłem shea - czy warto?

Jesienią firma L'Occitane wprowadziła nową serię z masłem shea, wieść szybko rozeszła się po blogowym świecie. Czy warto kupić?


W moje łapki trafił krem do rąk oraz balsam do ust.


Krem do rąk L'Occitane z masłem shea (Bukiet daktyli) znajduje się w tubce z uroczymi wzorkami i ciekawą nakrętką. Z całą pewnością przykuwa wzrok. Tubka jest raczej miękka, produkt powinien się wycisnąć niemal do samego końca. Minusem jest fakt, że samego kremu jest zaledwie 30 ml...

Konstystencja jest właściwa - krem nie jest za rzadki ani za gęsty, łatwo się rozsmarowuje (gładko sunie po dłoniach) i wchłania w standardowym tempie - wszystko w sam raz. Jest wydajny - ciągle korzystam, a zużycie niewielkie.


Niestety, dość niemiło zaskoczył mnie zapach kremu - długo zastanawiałam się z czym mi się kojarzy, aż w końcu mnie olśniło - pachnie zupełnie jak antybiotyki wziewne! Każdy, kto choć raz takie przyjmował, pewnie pamięta ten dziwny zapach i smak... Tak właśnie pachnie ten krem. Baaaardzo dziwnie i nie ukrywam, że mi się nie podoba...

Za to działanie jest naprawdę dobre - krem porządnie nawilża i wygładza dłonie, sprawdza się również, gdy pogoda płata figle - obecnie jest bardzo zmienna, a krem skutecznie chroni skórę dłoni przed czynnikami zewnętrznymi. Zupełnie nie mam sie do czego przyczepić ;)

Podsumowując, krem bardzo przypadł mi do gustu poza tym okrutnym zapachem antybiotyków wziewnych - to skutecznie zmniejsza komfort stosowania. Poza tym nie mam mu nic do zarzucenia, choć cena jest dość wysoka (29,90 zł/30 ml). Zawiera 20% masła shea.


Organiczny balsam do ust Kwiat mango L'occitane znajduje się w równie uroczej tubce, co krem do rąk. Na razie wyciska się łatwo, choć nie wiem jak to będzie pod koniec. Porządnie się zakręca, więc można śmiało wrzucić do torebki lub kieszeni ;) Pojemność odpowiednia, klasyczna - 15 ml.


Balsam jest półprzezroczysty, delikatnie nabłyszcza usta, nie zostawia żadnego koloru. Łatwo się rozprowadza nawet bez pomocy lusterka, w biegu życia codziennego ;) Nie jest ani rzadki, ani gęsty, raczej nie zwiększa skłonności przylepiania się włosów do nich :). Niestety dość prędko znika z ust i trzeba go reaplikować. Wydajny - wystarczy odrobina.



Zapach jest miłą odmianą w porównaniu do kremu :) Słodki, przyjemny, intensywny. Niestety balsam ma dziwny posmak, trochę chemiczny.

Jeśli chodzi o działanie, jest całkiem przyzwoity. Nie jest mistrzem w regeneracji ust, ale skutecznie zapobiega wpływowi czynników zewnętrznych, trochę nawilża i zmiękcza. Częste stosowanie poprawiło kondycję ust. Ogólnie - nie jest ideałem, ale nie jest też zły :) Obecnie, ze względu na chemiczny posmak, który z biegiem czasu uprzykrza stosowanie, zużywam go do regeneracji bardzo zniszczonych dłoni w czasie remontu - w tej roli sprawdza się znakomicie!! Jest trochę tłusty, ale wspaniale nawilża dłonie (szczególnie wysuszoną skórę między palcami) :)

Podsumowując, balsam do ust jest w porządku, przyjemnie się go używa - ma miły zapach, choć dziwny posmak. Nie trzyma się zbyt długo na ustach, ale ich nie skleja i nie zwiększa przyczepności włosów do nich. Trochę nawilża, choć nie jest ideałem. Cena nieco wysoka (45 zł/15 ml), choć zdarzają się korzystne promocje. Zawiera 10% masła shea

Oba produkty mają swoje plusy i minusy, choć stosowanie ich jest dla mnie przyjemne, raczej nie skuszę się ponownie ze względu na cenę - dla mnie nieco nieprzystępna ;) Ale to akurat kwestia indywidualna.
Żel pod prysznic Wellness&Beauty o zapachu Vanilla&Macadamia

Żel pod prysznic Wellness&Beauty o zapachu Vanilla&Macadamia

Kupiłam sobie kiedyś na wyjazd miniaturkę żelu Wellness&Beauty o zapachu Vanille&Macadamia, tak bardzo mi się spodobał, że kupiłam pełnowymiarową wersję :)




Opakowanie ładnie wyprofilowane, dobrze leży w dłoni, estetyczne i utrzymane w miłej dla oka kolorystyce
Przed otworek wylewa się odpowiednia ilość żelu, a otwarcie chodzi łatwo, nie jest to paznokciołamacz ;)


Zapach żelu jest po prostu świetny... Tak przyjemny, waniliowy z jakąś nutą, słodki, otulający... Idealny na jesień i zimę, wiosną i latem wolę świeże zapachy :) Bardzo mi się podoba i aż żałuję, że tak krótko utrzymuje się na skórze :( Żel jest dosyć gęsty i pieni się raczej przeciętnie, nie tworzy super obfitej piany, ale też nie jestem w stanie powiedzieć, że pieni się słabo. Przez to jest raczej średnio wydajny, chociaż biorąc pod uwagę niską cenę nie powinnam się czepiać ;)



Żel ani nie wysusza ani nie nawilża skóry - po prostu myje, w sumie niczego więcej od niego nie oczekuję bo ostatnio nabrałam systematyczności w smarowania ciała po kąpieli, więc i tak się nawilżam :)

Ogólnie polecam ten żel, jest tani, raczej średnio wydajny, robi przeciętną pianę, ale ma zniewalający, słodko-otulający zapach i to właśnie dla tego zapachu warto go kupić, bo reszta właściwości raczej przeciętna ;) Szkoda, że nie trzyma się na skórze :( 

Link do KWC
Cena: ok. 6 zł
Pojemność: 200 ml (jest też wersja miniaturowa, na wyjazd - 50 ml)
Dostępność: tylko Rossmann
Bielenda, Vanity, krem do depilacji

Bielenda, Vanity, krem do depilacji

Był taki czas, kiedy próbowałam się przekonać do innych metod depilacji niż maszynka do golenia... Sięgałam wtedy m.in. po kremy do depilacji - czy byłam zadowolona z tego kremu Vanity?



Zawartość opakowania to: tubka z kremem, szpatułka oraz ulotka informacyjna dotycząca produktów do depilacji Bielendy. Wszystko, czego potrzeba. Pierwsze, co poczułam po otwarciu opakowania to okropny smrodek kremu do depilacji, bleee... Ja wiem, że większość z nich tak pachnie, ale to jest paskudne :( No ale dobra, czego się nie robi dla gładkiego ciała... Konsystencja jest odpowiednia - krem łatwo się rozprowadza i nie spływa - a więc nie jest ani za gęsty, ani za rzadki. Producent zapewnia, że jest to produkt ekspresowy (rzekomo wystarczy jedynie 5 minut) - nałożyłam na nogi, odczekałam (a nie ukrywam, że takie bezczynne siedzenie z kremem na nogach i gapienie się w łazienkowy dywanik to nie jest moja ulubiona czynność), zgarnęłam krem szpatułką i co? I nic... Część włosków została usunięta, ale duża część z nich została na miejscu... Podczas następnych podejść do tego kremu zostawiałam go na nogach dłużej - 10-15 minut, zawsze z tym samym skutkiem - brak 100% skuteczności. Faktycznie, włoski które zostały, były osłabione i jak się je pomaltretowało kilka razy szpatułką to były usuwane, no ale bez przesady - ile mam spędzić czasu w łazience, robiąc poprawki?
Spróbowałam też w okolicach bikini - efekt ten sam, czyli mizerny. Niestety, smrodek kremu utrzymuje się na skórze! Nie wiem, czy inni go czują, ale ja na pewno i nie czuję się z tym komfortowo! Na plus mogę zaliczyć fakt, że nie podrażnił mi skóry, nawet przetrzymany nieco dłużej.
Wydajność też nie jest jego atutem - użyłam kilka razy, a tubka już była prawie na wykończeniu - nawet nie starałam się go zużyć, po prostu poleciał do kosza.

Wiadomo, że każda z nas ma inne tempo wzrostu włosków - jedne muszą się golić/depilować częściej, inne rzadziej... Ale comiesięczny zakup minimum jednego opakowania kremu, żeby się męczyć z tym nieskutecznym śmierdzielem i marnować czas siedząc bezczynnie przez te 5-15 minut + czas zmywania... Nie ma mowy, na 100% nie kupię ponownie i prawdopodobnie nie przekonam się już do żadnego innego kremu do depilacji - jak na razie każdy mnie zawiódł. Ta metoda nie jest dla mnie!

Plusy: konsystencja, nie podrażnia
Minusy: śmierdzi, nie usuwa wszystkich włosków - nie jest skuteczny, zapach utrzymuje się na skórze, niewydajny i stosunkowo drogi w porównaniu do golenia maszynką

Cena: ok. 7-10 zł
Pojemność: 100 ml
Link do KWC
Avon, Advance Techniques, Serum na zniszczone końcówki

Avon, Advance Techniques, Serum na zniszczone końcówki

Tak naprawdę kupiłam to serum tylko ze względu na to, że pompka podobno pasuje do Revlona Colorstay :) Podchodziłam do niego bardzo sceptycznie. Zużyłam już całą buteleczkę (zdjęcia zostały zrobione jakiś czas temu), więc mogę na jego temat już sporo powiedzieć.

Opakowanie jest raczej nieporęczne, serum otrzymujemy w ciężkiej, szklanej buteleczce z pompką, na szczęście nie miałam okazji sprawdzić czy przetrwa upadek. Szkło wydaje się grube, ale lepiej nie ryzykować. Serum zapakowane jest w kartonik, którego pozbyłam się niedługo po zakupie, na szczęście porobiłam zdjęcia więc wstawię najważniejsze informacje. Pompka jest sprawna, nie zacina się i nie psuje. Serum można wydobyć niemalże do końca, przy trzech ostatnich aplikacjach po prostu odkręciłam pompkę i pozwoliłam kropelkom skapnąć na wierzch dłoni.










Zapach serum urzekł mnie od samego początku - bardzo przyjemny, słodki, kojarzy mi się trochę owocowo.

Serum ma oleistą konsystencję, jest lekko tłustawe. Używałam go tylko na końcówki i ewentualnie odrobinę na długości włosów - zawsze po 2, maksymalnie 3 kropelki (czyli naciśnięcia pompki). Co mnie zdziwiło - nawet moje przetłuszczające się włosy nie były obciążone - przez chwilę wyglądały gorzej, a już po chwili spijały całe serum i wyglądały bardzo dobrze. Więc polecam nie przejmować się pierwszym wrażeniem - po chwili powinno być ok.

Niestety - włosy po użyciu tego serum tylko wyglądają na zdrowe, szczerze mówiąc nie ufam mu, gdyż ma alkohol w składzie i to wysoko. Serum jest nafaszerowane silikonami, nie widzę żadnych dobroci w składzie. Nie zregeneruje włosów, ale za to zabezpiecza przed rozdwajaniem i łamliwością, sprawia też że włosy ładnie wyglądają. Ale nie będą zdrowe dzięki niemu. Serum wydaje mi się również niewydajne - niby używałam niewiele i rzadko, a jednak szybko się skończyło.

Dla mnie to po prostu silikonowe serum na końcówki zabezpieczające przed ich rozdwajaniem

Raczej nie kupię tego serum ponownie, chyba że będę potrzebować drugiej pompki do podkładu Revlon Colorstay ;) Nie zawiera niczego pożytecznego, żadnych olejków i ekstraktów, jest niewydajne (moim zdaniem), opakowanie jest szklane, ciężkie i nieporęczne. Do plusów zaliczyć mogę zabezpieczanie końcówek przed rozdwajaniem, zapach, sprawną pompkę i fakt, że serum nie obciążyło moich kapryśnych włosów.

Link do KWC
Cena: bardzo różna, ja kupowałam w promocji bodajże za 12,99 zł, trzeba patrzeć w katalogu jaka jest obecna
Pojemność: 30 ml
Dostępność: u konsultantek Avon lub w punktach sprzedaży
Listopadowy Shinybox :)

Listopadowy Shinybox :)

Wczoraj do moich drzwi zapukał kurier z nowym, listopadowym Shinyboxem :) Szkoda tylko, że kilka godzin wcześniej zepsułam sobie niespodziankę, zerkając do innych dziewczyn co dostały :D







Podoba mi się ten box! Wszystko jest praktyczne i na pewno nic się nie zmarnuje :)
W boxie znajdują się:
  • Szampon i odżywka L'Occitane - tych jestem ciekawa najbardziej 
  • Mleczko do ciała, żel pod prysznic i mydełko Bentley Organic - nie znałam wcześniej tej marki, więc jestem ciekawa cóż to za cudo ;) 
  • Maseczka aktywnie matująca Dermedic - zobaczymy, jak się sprawdzi na mojej mieszanej cerze :)
Podoba mi się, że wszystko jest takie praktyczne, używane na co dzień... Więc na pewno będę używać z chęcią :)

A jak Wam się podoba?
Balsam do ciała Dove - silky skin

Balsam do ciała Dove - silky skin

Można powiedzieć, że ten balsam jest zmorą moich urodzin :D Dostałam 3 identyczne zestawy Dove składające się z dezodorantu, kostki myjącej, żelu pod prysznic i tego właśnie balsamu, mój TŻ, siostra i przyjaciel byli chyba w zmowie :D Szkoda tylko, że ja za firmą Dove aż tak nie przepadam, co tu dużo mówić – większość używanych przeze mnie ich kosmetyków była po prostu przeciętna.


Opakowanie estetyczne, zatrzask chodzi pewnie, ale nie połamiemy sobie na nim paznokci. Okolice dozownika się odrobinę brudzą, ale nie szkodzi. Mleczko można zużyć w całości bez potrzeby dobierania się do środka opakowania - po skończeniu sprawdzałam, ile jeszcze zostało w środku, a tam już nie było nic do wygrzebywania ;) 



Zapach jest przyjemny, kremowy, nie utrzymuje się długo na skórze. W gruncie rzeczy – nie przeszkadza, ale też się w niego nie wwąchuję. Nie ma w sobie niczego charakterystycznego - po prostu kremowy.


Balsam jest bardzo rzadki, z łatwością wydobywa się z opakowania. Łatwo rozsmarowuje się na skórze i szybko się wchłania. Nie brudzi ubrań. Jedyne, co naprawdę mnie wkurza to fakt, że jest w nim mnóstwo maleńkich drobinek! Nie jest to nachalny brokat, ale w świetle naprawdę mocno je widać… Nie dostrzegałam tego, zobaczyłam dopiero w wakacje, kiedy posmarowałam ciało rano i poszłam na plażę - w słońcu było to bardzo widoczne! Zdjęcia nie oddają tego efektu, ale musicie uwierzyć mi na słowo, że jest ich bardzo dużo… W słońcu – dosłownie efekt Edwarda ;)





Działanie balsamu ani mnie nie zachwyciło, ani nie rozczarowało… Dość dobrze nawilża, łagodzi podrażnienia po goleniu, wygładza skórę, ale nie ma żadnego „wow”. To po prostu zwykły, dobry balsam w korzystnej cenie. 

Ogólnie balsam nie jest zły – robi co ma robić, czyli nawilża i łagodzi. Technicznie rzecz biorąc też poprawny – nie smuży, szybko się wchłania, jego lekkość jest zdecydowanym plusem. Ale nie czuję żadnego efektu "wow" po posmarowaniu się nim, a zapach jest zupełnie przeciętny więc nie umila jakoś szczególnie procesu smarowania ;) Nie ukrywam, że zużywanie trzeciej butelki jest już dla mnie męczące no bo ile można się smarować jednym i tym samym balsamem? :D Ja raczej nie skuszę się na kolejną butelkę – wolę bardziej apetyczne zapachy smarowideł do ciała :) Nie polecam, ale też nie odradzam ;)

Cena: ok. 10-13 zł
Pojemność: 250 ml
Copyright © 2017 BASIA-BLOG.pl , Blogger