Stempelki na hybrydzie - kwiatki Konad M65

Stempelki na hybrydzie - kwiatki Konad M65

Witajcie! Co prawda miałam dziś inny pomysł na wpis (miała być recenzja), ale niestety nie zdążyłam, więc mam dla Was szybką inspirację :) 

Paznokcie robiłam w niedzielę (a więc 5 dni temu), więc zaczął się już pojawiać mały odrost, ale to nic. Tym razem postawiłam na subtelny kolor bazowy z bardziej wyrazistym wzorkiem - w formie kwiatków :) 

Są to moje początki ze stemplami Konad i muszę przyznać, że 2 tygodnie temu nieźle się nadenerwowałam, gdyż wzór (z innej płytki) nie chciał mi się ładnie odbić, ale tym razem jakoś się udało :)

Lakierem bazowym jest hybryda Semilac 004 Classic Nude, a wzorek został wykonany za pomocą czarnego lakieru Konad, przy pomocy płytki M65


Być może Was to zainspiruje do stworzenia czegoś ciekawego w ten weekend :) 


Vita Liberata, Self tanning gradual lotion - balsam samoopalający

Vita Liberata, Self tanning gradual lotion - balsam samoopalający

Być może już pamiętacie, że unikam słońca jak mogę. Filtry przeciwsłoneczne nie są mi obce - do twarzy używam ich codziennie przez cały rok (z uwagi na przebarwienia, których nie chcę pogłębiać), ale latem staram się też chronić skórę całego ciała. Może nie aż tak rygorystycznie, ale smaruję się zawsze wtedy, kiedy wiem, że spędzę dłuższy czas na świeżym powietrzu. Nie mam też tendencji do leżenia plackiem na słońcu, ani korzystania z solarium, gdyż uważam, że promieniowanie jest najzwyczajniej w świecie szkodliwe. Jedyną opalenizną, którą uznaję więc za słuszną, jest dla mnie ta pochodząca od balsamów brązujących/samoopalaczy. Jak najbardziej akceptuję swoją bladość, ale czasem lubię się przybrązowić, bo czemu by nie ;)

Niejednokrotnie przekonałam się jednak, że aby otrzymać dobry efekt w tym temacie, trzeba niestety zapłacić więcej. Miałam już wiele tanich balsamów i niestety ich jakość znacząco odbiega od tych droższych, które miałam przyjemność testować. Ostatnio miałam okazję używać balsamu Vita Liberata i chciałabym się dziś podzielić z Wami moją opinią na jego temat.


Balsam znajduje się w dużej, miękkiej tubie z nakrętką. Wygląda ładnie i estetycznie. Dozownik jest na początku zabezpieczony sreberkiem. 200 ml to może wydawać się niewiele, ale tuba jest naprawdę spora, a balsam wydajny.



Lotion nie jest barwiony - jest koloru białego. Wspominam o tym głównie dlatego, że moje poprzednie dwa samoopalacze z Vita Liberata (oba w formie pianki) były barwione, co zdecydowanie ułatwiało aplikację - od razu widać, gdzie skóra jest zabarwiona, a gdzie trzeba jeszcze dołożyć. Tutaj trzeba mieć nieco więcej skupienia, bo tego nie widać :) Opalenizna kształtuje się w ciągu 4-8 godzin po aplikacji. Jest w zasadzie bezzapachowy - jak przytknę nos, to czuć coś bliżej nieokreślonego, ale jest to zapach kosmetyczny półproduktów, bez wwąchiwania się totalnie nic nie czuć ;)


Lotion aplikowałam wyłącznie za pomocą rękawicy, którą można dokupić osobno w Sephorze za 29 zł (KLIK). O rękawicy więcej pisałam TUTAJ i TUTAJ, więc nie będę się powtarzać po raz trzeci, ale warto ją nabyć - nawet jeśli używacie samoopalaczy innych firm. Pomaga uniknąć zacieków i fantastycznie rozciera produkt na skórze.

Przyzwyczajona do pianek Vita Liberata, byłam ciekawa jak to będzie z lotionem. Obawiałam się, że będzie się długo wchłaniał, do lepkiej skóry wiadomo, jak ciągnie piżamka, a wówczas o plamy na materiale byłoby nietrudno... Na szczęście okazało się, że lotion jest ultra-lekki i wchłania się w zasadzie... natychmiast, tak jak pianki. Już po chwili można się bezpiecznie ubrać, nic się nie klei, nie czuć żadnej warstwy na skórze. Mi się taka formuła bardzo podoba, będzie świetna również latem, ale producent obiecuje też super nawilżenie, a tego nie odnotowałam w zasadzie wcale. Jaka była skóra przed aplikacją, taka jest też i po aplikacji, a następnie kształtuje się opalenizna :) Dlatego myślę, że lepiej rozgraniczyć te dwie sprawy - samoopalacz swoją drogą, a nawilżanie balsamem to druga sprawa.

Nie odnotowałam też żadnych strat w ubraniach, nic mi nie pobrudziło i nie zafarbowało, uff :) Jeżeli chodzi o kolor opalenizny, to w każdym produkcie Vita Liberata było trochę inaczej, moja poprzednia pianka KLIK była bardziej brązowo-chłodna, oliwkowa i chyba właśnie w takie odcienie powinnam celować, gdyż moja skóra ma odcień ciepły (żółty) z domieszką oliwki. Tutaj opalenizna jest bardziej brązowo-ciepła

Uzyskany efekt jest intensywny już po pierwszym użyciu, co możecie zauważyć na zdjęciu powyżej :) Można go dalej stopniować, po kilku użyciach z rzędu opalenizna jest bardziej intensywna, ale to już nie moja bajka, wolę bardziej subtelną. Po 1-2 użyciach opalenizna utrzymuje się u mnie około 3 dni w bardzo dobrym stanie, a później stopniowo zanika z każdym dniem, by po około tygodniu zniknąć całkowicie. Dlatego jeśli planujecie utrzymać taki efekt na dłuższą metę, należałoby się smarować 1-2 razy w tygodniu :) 



Jeżeli chodzi o zapach samoopalacza, bo to bardzo ważna kwestia, to jest dobrze, ale w przypadku pianki chyba było lepiej. Tuż po aplikacji nie czuć nic a nic, po kilku godzinach rozpoczyna się reakcja ze skórą i wówczas zapach jest wyczuwalny. Na drugi dzień nie czuć już nic. Nie mogę też nie wspomnieć o fantastycznym składzie pełnym ekstraktów i naturalnych składników - same zobaczcie :) 

Cena lotionu jest niższa, niż w przypadku poprzednio stosowanych przeze mnie pianek - kosztuje 79 zł za 200 ml, co przy tej wydajności nie jest przerażające - szczególnie na większe okazje :) Wszystkie produkty Vita Liberata możecie przejrzeć na stronie Sephory TUTAJ, a o poprzednich stosowanych produktach możecie przeczytać TUTAJ i TUTAJ

Plusy:
+ wygodna, miękka tuba
+ dobra wydajność
+ łatwa dostępność (Sephora)
+ w czasie aplikacji lotion jest bezzapachowy
+ rękawica pozwala na szybką i łatwą aplikację bez smug i zacieków
+ błyskawicznie się wchłania
+ efekt opalenizny jest intensywny, można go stopniować
+ świetny skład, pełen naturalnych ekstraktów i dobroci

Plusy/minusy:
+/- niższa cena, niż w przypadku pianek, ale nadal jest to produkt z wyższej półki

Minusy:
- lotion nie jest barwiony, więc nie widać, gdzie trzeba dosmarować
- w czasie reakcji ze skórą czuć samoopalaczowy zapach

Podsumowując, jest to produkt bardzo dobry, a efekt zdecydowanie wyrazisty, bez smug i zacieków, błyskawicznie się wchłania i nie brudzi ubrań, ale jednocześnie wydaje mi się, że pianki bardziej skradły moje serce, jako flagowe produkty Vita Liberata. Przyjemniej się je rozsmarowuje, aplikacja przebiega nieco sprawniej dzięki temu, że są barwione i odniosłam wrażenie, że zapach samoopalacza był mniej intensywny. Warto jednak mieć na uwadze, że ten balsam jest dużo tańszy, więc coś za coś :) 
Wyniki konkursu z Perfumerią Neness

Wyniki konkursu z Perfumerią Neness

Witam Was serdecznie,

Mam nadzieję, że weekend mija Wam przyjemnie :) Przychodzę dziś do Was z wynikami konkursu walentynkowego (KLIK), który dobiegł już końca.



Muszę przyznać, że ilość zgłoszeń totalnie mnie zaskoczyła, było ich... prawie 100 ;) Tak więc miałam co czytać i wybór był bardzo, bardzo trudny. Pojawiło się mnóstwo fantastycznych odpowiedzi, ale niestety mogą wygrać tylko 3 osoby, a są nimi:

ann (Anna Kasperek)

Justyna Tudryn

Iwona Grajkowska

Serdecznie gratuluję i idę pisać do Was e-maila z informacją o wygranej :) Jednocześnie chciałabym również podziękować Perfumerii Neness za to, że mogliśmy wspólnie zorganizować ten konkurs. 

Nagrodą gwarantowaną za udział w konkursie był również kod zniżkowy w wysokości 10% dla każdego uczestnika konkursu - zaraz roześlę do wszystkich e-maile. Jeżeli wiadomość do kogoś nie dotrze (niektóre e-maile były niepoprawnie zapisane...), proszę o kontakt na: blog.basia@gmail.com.

Miłego weekendu!
Denko grudnia i stycznia

Denko grudnia i stycznia

Ostatnio zużywam (i używam...) niewiele kosmetyków, w związku z czym denko znowu jest łączone. Niestety czas płynie u mnie ostatnio bardzo szybko i nawet nie mam głowy do smarowania się dobrodziejstwami drogerii ;) Mój makijaż również jest ostatnio najczęściej - jak na mnie -minimalistyczny (podkład + korektor + puder + róż + tusz do rzęs).


Legenda: 
warto kupić
takie sobie
nie warto

Pielęgnację włosów zdominował przede wszystkim Kallos. Lubię te maski za niską cenę, są w sam raz na co dzień - nie za ciężkie, nie za lekkie, zastępują mi codzienną odżywkę. Akurat do wersji Vanilla na pewno nie wrócę - puszyła moje włosy, pachniała bardzo sztucznie i gryząco. Z kolei Chocolate na pewno zagości u mnie w wersji litrowej - ładnie ujarzmiała włosy, nabłyszczała i ułatwiała rozczesywanie, a do tego bardzo naturalnie pachniała (budyniem czekoladowym). Wersja Latte służyła moim włosom, ale zapach zupełnie mi się nie podobał (sztuczny, gryzący w nos, nawet jakby kwaśny?), dlatego mimo dobrego działania, nie kupię ponownie. Spróbowałam też odżywki Garnier Oleo Repair, ale nie dorównała mojej ulubionej Goodbye Damage, więc raczej nie kupię ponownie, chyba że będzie w korzystnej promocji. Dawała dużo słabszy efekt niż mój ulubieniec GD. Włosy myłam głównie szamponem Timotei Dream Volume - co do niego, to się nieźle pomyliłam. Na początku mocno obciążał moje włosy i strasznie na niego klęłam, ale kiedy włosy się do niego przyzwyczaiły (tzn. używałam codziennie żeby zużyć), to się okazało, że go polubiły i zaowocowały przedłużoną świeżością. Może po prostu skóra głowy potrzebowała czasu, by się z nim polubić?

Higiena ciała była pod znakiem zużywania żeli pod prysznic Vellie - przyjemne, ładnie pachnące (neutralnie), w wygodnych butelkach z pompką. Przyjemnie mi się ich używało, została mi już tylko najmniej przyjemnie pachnąca wersja z olejkiem z drzewa herbacianego, której zużywanie idzie mi najgorzej :P Do higieny intymnej używałam żelu Facelle Sensitive - lubię go i często do niego wracam, nie mogę jednak "przeżyć" tego, że kiedyś te żele były z pompką, a już nie są :( Przez to cierpi wydajność, ponieważ zawsze wycisnę z butelki za dużo. Chyba, że właśnie to miał producent na myśli :P

Pielęgnacja ciała była ograniczona do minimum, postanowiłam zużyć zalegające balsamy do ciała, w tym otrzymany kiedyś w prezencie z Avonu (pomegranate&mango). Miał przyjemny zapach, owocowy, ale w kremowy, jakby jogurtowy sposób, podobał mi się. Skład charakterystyczny dla Avonu, czyli nieciekawy, niestety. Działanie pielęgnacyjne przyzwoite, skóra była przyjemnie miękka, ale prawdopodobnie złudne dzięki parafinie wysoko w składzie. Przyjemny gadżet, ale nie podoba mi się polityka Avonu - ceny nie są niskie, skład produktów fatalny. Nadrabiają ładnymi opakowaniami, zapachami i atrakcyjnymi zdjęciami w katalogach, czyli generalnie całą "oprawą", a nie jakością kosmetyków. Choć niektóre produkty z kolorówki i perfumy mają warte uwagi ;)

Po mokre chusteczki dla dzieci sięgam niemal codziennie - przydają się dosłownie do wszystkiego ;) Upodobałam sobie te z Lidla, gdyż są długo nasączone.


Niestety ten żel-krem od L'Oreala okazał się u mnie strasznym, wysuszającym i ściągającym bublem. Pisałam o nim TUTAJ w recenzji i TUTAJ w bublach 2015 roku, nie udało mi się go zużyć do końca, wyrzucam i wracam z podkulonym ogonem do czarnego mydła afrykańskiego. Płyn dwufazowy Garniera okazał się bardzo dobry - skuteczny i łagodny. Kolejny produkt z Avonu to kolejny prezent, gdyż sama raczej nic z tej firmy nie kupuję - ewentualnie skusiłabym się na kilka rzeczy z kolorówki. Był to peeling do stóp i dłoni Planet Spa (with African Shea Butter), który w zasadzie nadawał się tylko do dłoni. Stopy ledwie głaskał, zdecydowanie za słaby. Do dłoni w sam raz, choć relacja pasty do drobinek nie była zbyt korzystna, wolałabym więcej drobinek, a mniej "zapychacza". Do tego nieprzyjemny, sztuczny (w moim odczuciu) kawowo-kakaowy zapach - podziękuję. Zużyłam też olej z pestek malin, chyba mój ulubiony samodzielny olej do twarzy. Zużyłam go z emulgatorem jako olejek myjący :) Wykończyłam trzy próbeczki - łagodzący krem pod oczy Sylveco - dzięki tej próbce przekonałam się, że nigdy tego kremu nie kupię (woda, nie krem :P), krem na noc Biolaven (mam pełen wymiar, lubię), a także krem BB Skin79 Orange z filtrem SPF50 (niedawno nabyłam wersję pełnowymiarową i lubię). Zużyłam też płatki Isana w starej wersji - moje ulubione, ale coś ostatnio przy nich namieszali - jeszcze nie miałam nowej wersji i nie wiem, czy chcę :( Zmęczyłam też beznadziejne płatki Carea - cienkie jak papier, z drapiącymi tłoczeniami. 

To by było na tyle :)
Konkurs walentynkowy do 17 lutego - do wygrania 3 zestawy perfumetek Neness!

Konkurs walentynkowy do 17 lutego - do wygrania 3 zestawy perfumetek Neness!

Mam dla Was szybki, prosty i przyjemny konkurs, w którym do wygrania są aż trzy zestawy perfumetek Neness (1 damska + 1 męska).  Zapachy wybieracie oczywiście sami, takie jakie chcecie :) Dodatkowo - dla każdego uczestnika konkursu będzie kod rabatowy w wysokości 10% na zakupy w perfumerii Neness. Konkurs trwa tylko tydzień - do 17 lutego, więc spieszcie się z nadsyłaniem odpowiedzi :) Pytanie jest proste - "Za co lubisz perfumy?"

Ze swojej strony bardzo te perfumetki polecam - recenzowałam je TUTAJ, dodatkowo pojawiły się one w ulubieńcach roku 2015 TUTAJ. Najlepszą opinią będzie chyba fakt, że choć poznałam je dzięki współpracy, to później mój narzeczony składał u nich własne zamówienie, podczas DDD ja złożyłam kolejne (i na pewno nie ostatnie), a moja siostra również planuje się niedługo obkupić w Neness. To chyba najskuteczniejsze potwierdzenie tego, że te perfumetki są po prostu warte uwagi :)


Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jestem ja - autorka bloga www.basia-blog.pl
2. Za wysyłkę nagrody odpowiedzialna jest Perfumeria Neness. Nagroda jest wysyłana tylko na terenie Polski
3. Wygrywają trzy osoby, a nagrodą jest zestaw dwóch perfumetek 22 ml (1 damska i 1 męska) w dowolnie wybranych zapachach.

4. Dodatkowo - po zakończeniu konkursu każdy uczestnik otrzyma drogą e-mailową kod rabatowy w wysokości 10% na zakupy w perfumerii Neness.
5. Konkurs trwa od 10.02.2016r. do 17.02.2016r. do godziny 23:59 (zgłoszenia wysłane po tym czasie nie będą brane pod uwagę)
6. Aby wziąć udział w konkursie, należy:
- być publicznym obserwatorem mojego bloga
- wypełnić poniższy formularz i odpowiedzieć w nim na pytanie konkursowe: "Za co lubisz perfumy?"
7. Zgłaszać się należy poprzez poniższy formularz - zgłoszenie oznacza akceptację regulaminu
8. Zestaw perfumetek wygrają osoby, które udzielą najciekawszej odpowiedzi. Można się zgłosić tylko jeden raz
9. Wyniki ogłoszę w ciągu 7 dni od zakończenia konkursu. Wtedy też skontaktuję się ze zwycięzcami drogą e-mailową. Jeśli nie uzyskam odpowiedzi w ciągu 3 dni, wybiorę innego zwycięzcę
10. W wyjątkowych sytuacjach zastrzegam sobie prawo do zmiany regulaminu
11. Niniejszy konkurs nie jest grą losową w rozumieniu Ustawy o grach hazardowych (Dz.U. 2015 poz. 612).





Powodzenia :)
Copyright © 2017 BASIA-BLOG.pl , Blogger