-49% w Rossmannie (21-30.08) - co planuję kupić, co polecam?

środa, 16 sierpnia 2017

-49% w Rossmannie (21-30.08) - co planuję kupić, co polecam?


Niektóre promocje są nimi niestety tylko z nazwy, ale tym razem zbliża się (moim zdaniem) bardzo ciekawa okazja do uzupełnienia braków lub zrobienia drobnych zapasów. O ile promocje typu 2+2 nie robiły na mnie żadnego wrażenia bo trzeba było na siłę dobierać produkty z różnych kategorii (a jeżeli dobieram coś na siłę, to nie jest to żadna promocja), a jak już się trafiła jedyna mnie interesująca (na filtry), to nie mogłam z niej skorzystać, choć chciałam. Całą historię opowiadałam tutaj  Nowości | lipiec 2017. Tym razem warunki promocji wydają się być w miarę jasne, a i rabat konkretny. 

Zrzut ekranu z e-wydania Skarbu  źródło
Zakupy z AliExpress - akcesoria do makijażu | AliExpress haul

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Zakupy z AliExpress - akcesoria do makijażu | AliExpress haul

Czasem na moim blogu oraz Instagramie przewijają się gadżety z AliExpress, ale nigdy nie pokazywałam ich bardziej szczegółowo, z wyjątkiem pyłków-kameleonów, które zdecydowanie potrzebowały osobnego wpisu → Pyłki kameleony z Born Pretty - 2 rodzaje. Postanowiłam stworzyć serię wpisów o moich zakupach - być może coś Was zaciekawi, wpadnie Wam w oko? :) Dla mnie takie wpisy na innych blogach są ogromnie ciekawe i udaje mi się czasem wyłapać świetne perełki, o istnieniu których nie miałam pojęcia! Jeżeli zakupy z AliExpress Was kompletnie nie interesują - bez obaw, nie zmieniam profilu bloga! Będą się pojawiały raz na jakiś czas :) 

Słowem wstępu

  • niektóre linki mogą być już nieaktualne, dlatego przy każdym przedmiocie podaję nazwę sklepu oraz pełny tytuł aukcji w celu ułatwienia wyszukiwania po słowach kluczowych
  • podane kwoty są w złotówkach - jest to cena przedmiotu przeliczona po kursie z dnia mojego zakupu, niestety w archiwum zamówień nie widzę opcji zmiany na dolary - pamiętajcie, że aktualna cena może być wyższa lub niższa, zarówno z powodu zmiany kursu walut, jak również po prostu z powodu zmiany ceny przez sprzedającego (na lepsze lub gorsze :)), a ceny potrafią się zmienić i to mocno!
  • jeszcze nie wszystkiego używałam, więc nie zawsze będę w stanie się wypowiedzieć, czy polecam, ale być może już samo rzeczywiste zdjęcie i opis pomogą w podjęciu decyzji i skłonią Was lub zniechęcą do zakupu? ;)


Pyłki kameleony z Born Pretty - 2 rodzaje (chameleon nail powder top grade mirror effect)

piątek, 11 sierpnia 2017

Pyłki kameleony z Born Pretty - 2 rodzaje (chameleon nail powder top grade mirror effect)

Zaparzcie herbatkę, usiądźcie wygodnie, bo we wpisie jest około 70 zdjęć! :D 


Jak komentować w Disqus jako gość?

środa, 9 sierpnia 2017

Jak komentować w Disqus jako gość?

Ze swojej strony gorąco polecam rejestrację w Disqus - zajmuje tylko chwilę, a korzyści są spore. Głównie chodzi tu o powiadomienie o odpowiedzi na e-mail (ale nie o wszystkich z całej dyskusji, jak w Bloggerze po zaznaczeniu opcji powiadamiania, lecz tylko na własny komentarz - istnieje również możliwość subskrypcji całego wątku, ale to się robi osobno). Niemniej jednak są osoby, które nie mają na to ochoty, co należy w pełni uszanować :) Gdy montowałam Disqus u siebie na blogu, ogromnie bałam się tego, że część osób poucieka. Ale w Disqus można również pisać jako gość (podając jedynie dowolną nazwę i adres e-mail), bez rejestracji. Niestety ta funkcja jest schowana, więc być może nie każdy o tym wie. Jedynym warunkiem jest to, by administrator strony/bloga zezwolił gościom komentować (w ustawieniach) - ja zezwalam :)))


Ulubieńcy i rozczarowania | lipiec 2017

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Ulubieńcy i rozczarowania | lipiec 2017

Bez przedłużania - dziś garść produktów, które zachwyciły i rozczarowały mnie w lipcu :) 


Na zdjęciu poniżej ulubieńcy lipca


Nowości | lipiec 2017

piątek, 4 sierpnia 2017

Nowości | lipiec 2017

Wydawało mi się, że nowości w lipcu będzie niewiele, ale jak wszystko zestawiłam razem, to w sumie sporo tego :)

Zakupy


Oczyszczające maski węglowe bez węgla w składzie?! Bielenda, Conny | węgiel w kapsułkach

czwartek, 3 sierpnia 2017

Oczyszczające maski węglowe bez węgla w składzie?! Bielenda, Conny | węgiel w kapsułkach

Ten wpis nie miał dziś powstać. W zasadzie to nie miał dziś powstać żaden, bo jutro pojawi się post z nowościami lipca. Jednak od wczoraj ogarnia mnie pewnego rodzaju oburzenie i jeżeli nie napiszę o tym teraz, to pewnie już nigdy ;) 

Węgiel aktywny (również: aktywowany, leczniczy) jest teraz na topie. Powstaje coraz więcej kosmetyków z tym składnikiem, co akurat jak najbardziej popieram - posiadam skórę problematyczną, trądzikową (podłoże hormonalne), mieszaną, wymagającą oczyszczenia, regulacji sebum i rozjaśnienia, więc to "mój kierunek". Według Biochemii Urody (→ źródło) taki węgiel ma zdolność do "pochłaniania toksyn, zanieczyszczeń, sebum oraz szkodliwych substancji", ma wchłaniać nadmiar tłuszczu, a nawet obumarłe komórki naskórka. Jego zadaniem jest oczyszczanie skóry, zwężenie porów, ograniczenie przetłuszczania. Ma właściwości antybakteryjne, delikatnie eksfoliacyjne i wyrównujące koloryt. Super, dokładnie tego szukam!

Odnoszę wrażenie, że najmocniej wypromowała się marka Bielenda ze swoją serią węglową CARBO DETOX, w której skład wchodzą nie tylko maseczki, ale również myjące żele węglowe, olejek węglowy pod prysznic, szampon, odżywka i maska węglowa, węglowy peeling do ciała a nawet smoliście czarny krem do twarzy!

Postanowiłam się skusić na dwie maseczki węglowe - dorzuciłam je "przy okazji" zakupów na eZebra, ale ich dostępność jest bardzo dobra (drogerie stacjonarne), więc wcale nie trzeba zamawiać online. Wzięłam niebieską (detoksykuje, odświeża, nawilża) i różową (detoksykuje, odświeża, odmładza). Różowa pojawiła się w → zużyciach marca i kwietnia, zaś niebieska w → zużyciach stycznia i lutego, więc to już trochę "stare dzieje" ;)) Maseczki mają intensywną, ciemną barwę (w końcu to "węgiel"!) i bardzo ciężko się spłukują. Dodatkowo mocno barwią (i na amen) więc zniszczyły mi gąbeczkę do zmywania maseczek. Wybaczcie, ale kompletnie nie pamiętam już ich zapachu - niemniej jednak gdyby był nieprzyjemny, na pewno zapadłby mi w pamięć ;) Pamiętam jednak działanie - pamiętam je aż za dobrze, bo było... ZEROWE. Jaką cerę miałam przed maseczką, taką samą zastałam po jej (trudnym) zmyciu. Nic się nie wydarzyło, skóra nawet nie wyglądała ładniej doraźnie, równie dobrze mogłabym niczego nie użyć. Takie same wrażenia odniosłam przy obu wersjach. Szkoda, bo na drugim miejscu jest glinka, więc chociaż na nią liczyłam (a glinki uwielbiam).










Na temat tych masek pojawiło się kilka dyskusji (na blogach i na wizażu), że tak naprawdę nie zawierają w sobie aktywnego węgla. Aktywnego węgla należy szukać po następujących nazwach (m.in.): Charcoal Powder, Active Charcoal Powder, Activated Charcoal Powder, Bamboo Charcoal Powder. Tutaj mamy Carbon Black. Według → Przystanku Uroda, jest to zaledwie BARWNIK, a nie węgiel. W dodatku pozyskiwany z przerobu ciężkich frakcji ropy naftowej. Podobnie u → PiggyPEG. Z kolei → na wizażu toczyła się dyskusja, że podstawowym składnikiem pigmentu carbon black jest węgiel - ktoś inny temu stanowczo zaprzeczał, twierdząc że węgla jest tam śladowa ilość. Komu wierzyć?

Powiem tak - bardzo ciężko jest mi się do tego ustosunkować. Nie jestem naukowcem, nie studiowałam chemii, nie pracuję w laboratorium ani w żadnym zawodzie związanym z tworzeniem kosmetyków. Nie jestem więc w stanie ocenić, czy tam węgiel jest, czy go nie ma. Nie wiem, w jaki sposób pozyskiwany jest ów barwnik i czy po takim pozyskaniu posiada jakiekolwiek właściwości aktywnego węgla. Niemniej jednak w takich chwilach zapala mi się czerwona lampka z tyłu głowy i skoro producent nie dał po prostu Charcoal Powder, a Carbon Black budzi tyle wątpliwości, to coś tu jest nie tak. Dodam jeszcze, że obie te maseczki zwyczajnie się u mnie nie sprawdziły i bez względu na to, czy ten cholerny węgiel tam jest, czy go nie ma, dla mnie są słabe.

Maseczki zużyłam już dawno temu, w sumie zdążyłam o nich zapomnieć i prawdopodobnie nigdy bym o nich nie napisała (oprócz tego, że pojawiły się w denkach). Głównym powodem, dla którego powstał ten wpis, było moje wczorajsze użycie węglowej maseczki Conny. Kupiłam ją kiedyś w promocji, chyba w Naturze, za niewielkie pieniądze. Około 5 złotych, jakoś tak - jak na maseczkę w płacie (lub płachcie, jak kto woli), to naprawdę niewiele. Nawet nie sprawdzałam składu, po prostu wrzuciłam do koszyka. Chciałam wziąć też ślimakową, bo ją bardziej kojarzyłam z blogów, ale nie było. 



Maskę pokazywałam wczoraj na Insta Stories:
(nie męczcie swojego karku, skład wrzucę jeszcze niżej, poziomo :))


Nie wiem, może mam problemy ze wzrokiem, ale ja tu węgla NIE WIDZĘ. Co z tego, że producent pisze o super zbawiennym działaniu aktywnego węgla, skoro równie dobrze mógłby tam podać przepis na zupę i miałoby to podobną wartość edukacyjną. Z Biochemii Urody dowiedziałam się, że ich węgiel aktywny jest pozyskiwany z łodyg bambusa, spalanych w 1000 st. C. W składzie maski CONNY nie widzę niczego związanego z węglem, ale łącząc te dwa fakty, dostrzegam tam Bambusa Vulgaris Extract. Ponownie jest to składnik budzący wątpliwości, ponieważ jest to po prostu wyciąg z bambusa. Raczej nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek spalaniem i pozyskiwaniem węgla aktywnego. Fajnie, że jest, ma dużo ciekawych właściwości, ale gdzie jest ten cholerny węgiel?! Dodam jeszcze, że gdyby maska miała jakikolwiek procent węgla, byłaby choć trochę szara, a nie idealnie przezroczysta (materiał jest biały, ale esencja przezroczysta). W końcu węgiel barwi jak szalony!



Z uwagi na to, że jestem "świeżo po użyciu", jestem w stanie na jej temat powiedzieć więcej. Płat maski jest bardzo dobrze nasączony - po wyjęciu nawet mi kapnęły ze dwie krople (dobrze, że zakładałam nad umywalką). Jest duży, dla mnie za duży, ale mam drobną buzię i się do tego przyzwyczaiłam. Pozaginałam sobie nadmiar tu i ówdzie i było w porządku. Dobrze trzymał się twarzy, w międzyczasie siedziałam przy komputerze i w żaden sposób nie utrudniało mi to żadnych czynności. Producent zaleca trzymać 15-20 minut, ja po 10 minutach obróciłam płat na drugą stronę (żeby wykorzystać nasączenie z drugiej strony) i trzymałam drugie tyle, czyli razem 20 minut. Po zdjęciu skóra była delikatnie lepka, ale... NIC się nie wydarzyło. Skóra nie była rozjaśniona, nie była uspokojona, zaczerwienienia nie były uspokojone, żadnego oczyszczenia, zaskórniki na nosie wyglądały jak zawsze, nawet pory nie były zwężone. Ech! Ostatnio używałam tylu fajnych masek - czy to zwykłych do zmywania, czy to właśnie w płacie - które dawały taki efekt, że aż się chciało patrzeć na swoją skórę w zbliżeniu. A tu? NIC... Ale opakowanie wydawało mi się jakieś takie za ciężkie do wyrzucenia - zajrzałam do środka, rozklejając dwie ścianki, a moim oczom ukazała się cała masa płynnej esencji na dole. To by tłumaczyło, dlaczego maska mi kapnęła - płynu w środku było naprawdę dużo. Pomyślałam sobie, że w sumie dobrze - wylałam odrobinę na dłoń (chwilę po zdjęciu maski z twarzy) i jeszcze trochę doklepałam. Płyn ma dość gęstą, bardziej żelową niż płynną postać, twarz była odrobinę lepka. Po kilku godzinach zauważyłam, że moje szczyty kości policzkowych są delikatnie zaczerwienione. Nie przejęłam się tym jakoś bardzo i w sumie dobrze, bo rano obudziłam się z dość ładną, rozjaśnioną skórą. Moja pierwsza myśl - o, fajnie, maska zadziałała "z opóźnieniem", potrzebowała czasu. Ale gdy tylko umyłam skórę twarzy, wszystko od razu wyglądało jak zawsze, bez żadnej różnicy, także długo się tym efektem nie cieszyłam :D

Znowu nie jestem w stanie się w 100% ustosunkować, ale myślę sobie jedno. Jeżeli konsument musi szukać, dociekać, dowiadywać się, czy w tej nieszczęsnej masce jest węgiel, czy go nie ma, jeżeli skład budzi wątpliwości i jest tyle rozbieżnych opinii na ten temat - to coś jest nie tak. Daliby Charcoal Powder i sprawa byłaby jasna. To nie jest luksusowy składnik, by chcieć go unikać w celu cięcia kosztów.

Ja ze swojej strony gorąco polecam zakup aktywnego węgla w aptece (ja dałam na pewno mniej niż 10 zł za 20 kapsułek, ale na DoZ widzę też 30 kapsułek za 5,99 zł innej firmy). Na jedną maseczkę wystarczą dwie kapsułki i mamy pewność, że węgiel tam na pewno jest ;) Zdecydowanie polecam zakup kapsułek zamiast tabletek - tabletki trzeba dokładnie rozkruszyć, zaś kapsułki wystarczy otworzyć lub przeciąć i wysypać zawartość, mniej zabawy. 



Istnieje mnóstwo przepisów na maseczkę z węglem - z miodem, jogurtem, kefirem, glinką, sodą, zaś węgiel z żelatyną i wodą jest polecany na zaskórniki (maseczka peel-off typu Pilaten, tyle, że naturalna).

Edytowano 07.08.2017 - Przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz ;) Jeżeli planujecie zrobić sobie maseczkę DIY, nie polecam zakładać jasnej bluzki lub ulubionej piżamki. Maseczka brudzi bardzo, więc radzę zachować ostrożność :) 

Jeżeli ten wpis przeczyta ktoś o konkretnej wiedzy na temat węgla w tych maskach - będę wdzięczna za komentarz :)

A Wy co sądzicie na ten temat?
Senelle: balsam do ciała, peeling do twarzy, krem pod oczy

środa, 2 sierpnia 2017

Senelle: balsam do ciała, peeling do twarzy, krem pod oczy

Senelle to nowa marka kosmetyków na polskim rynku i ogromnie mi miło, że mogłam testować ją przedpremierowo jako jedna z pierwszych osób, jeszcze przed uruchomieniem oficjalnego sklepu! :) Ideą marki jest wykorzystanie składników naturalnych. Dziś opowiem Wam o 3 produktach z kolekcji Summer: balsamie do ciała, wygładzającym peelingu do twarzy i korygującym kremie pod oczy. W skład kolekcji wchodzi również rewitalizujące serum olejowe do twarzy oraz odżywczy krem do twarzy, razem 5 produktów. 

ShinyBox: Pool Party | InspiredBy U.R.O.K. Edycja XV | lipiec 2017

poniedziałek, 31 lipca 2017

ShinyBox: Pool Party | InspiredBy U.R.O.K. Edycja XV | lipiec 2017

Lato w Trójmieście nie rozpieszcza... Dużo deszczu, lipiec był bardzo chłodny, w zasadzie jak dotąd pamiętam tylko dwa typowo letnie dni. Impreza na basenie wchodzi w grę tylko z pudełkiem ShinyBox Pool Party - no chyba, że udam się na basen kryty :D 

10 sprawdzonych tricków kosmetycznych

środa, 26 lipca 2017

10 sprawdzonych tricków kosmetycznych

Uwielbiam czytać tego typu wpisy, bo zawsze można się dowiedzieć czegoś ciekawego :) Dziś chciałabym się z Wami podzielić moimi 10 sprawdzonymi trickami urodowymi, które stosuję już od dłuższego czasu. Absolutnie nie jest to żadne kopiuj-wklej z innych stron, same sprawdzone porady :) Jesteście ciekawe? :) 

Kolekcja letnia lakierów hybrydowych Realac Neon Collection

poniedziałek, 24 lipca 2017

Kolekcja letnia lakierów hybrydowych Realac Neon Collection

Pod koniec czerwca miałam przyjemność po raz drugi uczestniczyć w warsztatach z Realac w Pruszczu Gdańskim. Relację z pierwszych warsztatów pokazywałam tutaj. Teraz było bardzo podobnie, ale tym razem główną rolę grały neony. Jeżeli chcecie zobaczyć kolekcję Neon Collection, to zapraszam :)


DIY planner/organizer

piątek, 21 lipca 2017

DIY planner/organizer

Jeżeli śledzicie mnie na Instagramie, to pewnie wiecie, że niedawno zrobiłam sobie własny organizer/planner. (A jeżeli jeszcze mnie nie śledzicie, to zapraszam, bo dodaję tam sporo rzeczy, które nie trafiają na bloga :) @basia.blog). Na InstaStory opowiadałam też o moich przygodach z bardzo nieprofesjonalnym punktem ksero, jestem ciekawa czy jest tu ktoś, kto mnie oglądał? :) 


Pomysł na zrobienie tego typu plannera wziął się stąd, że już od jakiegoś czasu miałam problem z organizacją. Część notowałam w papierowym kalendarzu, część w elektronicznym (głównie zdarzenia powtarzające się cyklicznie), część na wszechobecnych żółtych karteczkach, część na tablicy suchościeralnej, którą mam przy biurku (też o niej kiedyś napiszę), część w Google Keep, a część w zeszycie blogowym. A, jeszcze zapomniałabym o drukowanych kartkach z planami na każdy dzień, bo w kalendarzu zwykle było już tak nabazgrane i pokreślone, że nie mogłam się połapać :D. Od nadmiaru organizacji wkradł się chaos!. Chciałam zrobić sobie takie jedno miejsce, które będzie służyło do wszystkich bieżących zapisków i pomysłów. Początkowo chciałam kupić gotowy planner, oglądałam jakiś w Empiku, zastanawiałam się nad kilkoma internetowymi. I nie chodzi o to, że jestem dusigroszem. Po prostu w każdym mi coś nie pasowało. A po co mi ta rubryczka, a tego przecież wcale nie wykorzystam, to tylko niepotrzebnie zajmuje miejsce, tu mam za mały obszar pisania, tu za duży, a tego to mi w ogóle brakuje. I właśnie z tego powodu szkoda mi było każdych pieniędzy - nieważne, czy to 10 zł, czy 100 zł i postanowiłam zrobić swój. W Wordzie ;)

Na początku zrobiłam sobie ogólny kalendarz na 2017 i 2018

(i tak, to naprawdę jest w Wordzie :) to po prostu cała masa kolumn i wierszy bez obramowania)


Dalej umieściłam krótki podgląd 2018, by móc sobie coś zaplanować już na przyszły rok, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Przykładowo, już sobie zapisałam kiedy kończy mi się przegląd techniczny :)


Dalej znajduje się podgląd każdego miesiąca na najbliższe pół roku z podziałem na: wpływy, wydatki (tu oczywiście więcej miejsca :D), cele na określony miesiąc, ogólne plany i zadania oraz miejsce na notatki, na wypadek gdyby jakiejś rubryki mi brakowało, a chciałabym coś zapisać.  


Po podglądzie miesiąca, znajduje się podgląd każdego tygodnia. Zrobiłam sobie małą tabelkę z harmonogramem tygodnia do szybkiego zanotowania czynności w konkretny dzień (w przyszłości chyba zmniejszę pole notatek, a zwiększę tabelkę bo już widzę, że się w niej nie mieszczę). Jest również miejsce na plany i zadania w określonym tygodniu. Uwzględniłam wszystkie tygodnie na najbliższe pół roku.


Dalej znajdują się plany dnia. W zasadzie chyba najważniejsza część plannera :) Po lewej umieściłam harmonogram godzinowy, by móc umieszczać czynności zgodnie z kolejnością występowania w ciągu dnia, ale po prawej stronie mam jeszcze dużo pól z zadaniami (w podziale na: blog i życie), więc z pewnością nic mi nie umknie. Dodatkowo pojawiła się rubryka "ważne", w której notuję np. urodziny lub inne szczególnie ważne wydarzenia w danym dniu. Jak zawsze, jest również miejsce na notatki :) 

Nie, żeby blog był dla mnie "ważniejszy" od życia ;)))) (z uwagi na ilość kratek z zadaniami), ale prowadziłam już tego typu plany dzienne (na luźnych wydrukowanych kartkach) i doświadczenie pokazało, że w części blogowej zapisuję więcej drobnych czynności, nawet takich, które zajmują dosłownie parę minut lub to, że mam gdzieś zajrzeć. Zaś w części życie pojawia się tych czynności mniej, ale zwykle bardziej konkretne, np. spotkanie z kimś, zakupy itd.) 


Dalej zostawiłam sobie trochę pustych kartek, by móc coś zanotować. 


Dalej jest część blogowa. Nie pokazałam części stron, dlatego że niektóre są już zapisane (odgórnie, wraz z wydrukiem) i zawierają moje prywatne zapiski :) Właśnie na początku mam troszkę swoich blogowych zapisków, przemyśleń i notatek, wpisy, które pojawiają się u mnie cyklicznie, plany, pomysły i cele

Dalej znajdują się kartki z pomysłami na wpisy o priorytecie 1 i 2 :)


Dalej umieściłam podgląd każdego miesiąca z podziałem na nowości (niestety cała strona :P), ulubieńców i rozczarowania. Oczywiście jest też miejsce na luźne notatki. 


Dalej mam jeszcze podsumowanie roku z podziałem na ulubieńców i buble (czyli takich kandydatów, którzy myślę, że mogą tam trafić - zostanie to zweryfikowane w styczniu, czy faktycznie Ci kandydaci na to "zasłużą"), zostawiłam też sporo miejsca na inne przemyślenia. Niestety nie zrobiłam zdjęcia (umknęło mi), a teraz już mam trochę zapisane :)

Dalej ponownie zostawiłam trochę pustych stron - część z linijkami do zapisków, a część zupełnie czystą, do zaprojektowania czegoś, jeśli mi zabraknie. Przydało się, bo już sobie narysowałam jedną tabelkę, o której wcześniej nie pomyślałam ;) 


Ogólne przemyślenia odnośnie plannera:

  • planner jest wykonany w Wordzie, to po prostu zwyczajne tabelki z wypełnieniem komórki (stąd szare nagłówki), a później usunęłam obramowanie
  • taki grzbiet jak w kołonotatnikach nazywa się oprawą drutową (lub drucianą). Wcale nie jest ona droga, za oprawienie 120 kartek (240 stron) zapłaciłam 11 zł, a są punkty, gdzie kosztuje to 9 zł. W dużym mieście, więc w innych powinno to wyglądać podobnie kwotowo. Folia ochronna na przód i tył jest już w cenie. Jedyny minus jest taki, że nie każdy punkt ksero posiada bindownicę drutową - warto wcześniej dokonać małego rozeznania, gdzie wykonują takie usługi w Waszym mieście, żeby nie jeździć na marne
  • wykonanie plannera wcale nie było aż tak czasochłonne, jak myślałam. Wystarczyło stworzyć kilka szablonów (podgląd miesiąca, tygodnia, dnia, inne tabelki), a później to już kopiuj-wklej i co najwyżej zmiana dat
  • bardziej czasochłonne było umieszczenie stron we właściwym miejscu. Najpierw projektowałam wszystkie strony w kolejności ich występowania, a później wklejałam w odpowiednie miejsce w nowym dokumencie. To bardzo trudne, wręcz abstrakcyjne do wytłumaczenia. Jeżeli chcecie zrozumieć, o co mi chodzi, weźcie kilka małych, czystych karteczek, złóżcie je na pół (w książkę) i ponumerujcie strony dwustronnie. Wyjmijcie je i zobaczcie, jak układa się numeracja na poszczególnych kartkach. Abstrakcja. Pomyślę nad drugiem jednostronnym lub innym zakresem drukowania. Albo ustawię wielkość strony na A5 już z góry - to jest dobra myśl!
  • wykonanie tego typu plannera jest dobrą inwestycją na przyszłość - namęczyłam się raz, ale teraz mam fantastyczną bazę do dalszych modyfikacji, jeżeli uznam, że chcę coś zmienić, dodać, czy usunąć. Wszystko wyjdzie "w praniu" :) 
  • zdecydowanie warto zostawić puste kartki - czy to do notatek, luźnych zapisków, czy do zaprojektowania czegoś, o czym zapomnicie. Mi się już przydało i musiałam sobie jedną tabelkę dorysować :)
  • robiłam go po raz pierwszy, więc popełniłam trochę błędów:
    - prawe strony mają za blisko lewy margines, więc dziurki nachodzą na zawartość strony,
    - w punkcie ksero dali mi za małe kółko, więc strony za ciężko chodzą
    - znajdzie się kilka drobnych literówek :)
    - papier, na którym drukowałam, jest trochę cienki, więc przebija druk z drugiej strony
    - tabelka z harmonogramem tygodnia jest trochę za mała, nie mieszczę się
    - i pewnie z czasem znajdzie się coś jeszcze :) 


Komu polecam zrobienie swojego plannera?

  • osobom, dla których praktyczność jest ważniejsza od pięknego wyglądu (no chyba, że macie super zdolności graficzne i zrobicie tak piękny planner, jak gotowe ze sklepu) - mój planner owszem, jest brzydszy niż gotowe, ale za to jaki praktyczny!
  • osobom, które denerwuje to, że nie wykorzystają potencjału gotowych plannerów w 100% - zawsze znajdzie się jakaś niepotrzebna rubryczka, gdzieś będzie za mało miejsca, gdzieś za dużo, a czegoś zabraknie
  • osobom, które na myśl o prowadzeniu Bullet Journal dostają palpitacji serca - osobiście nienawidzę rysować i malować, więc ciągła konieczność robienia napisów, tytułów, nagłówków, tabelek itd. sprawia, że jeszcze tego nie zaczęłam, a już jestem nieszczęśliwa :)
  • osobom oszczędnym - za oprawę do 120 kartek zapłaciłam 11 zł (są punkty, gdzie jest taniej), a zawartość wydrukowałam sobie sama (ok. 2 zł za papier + koszt tuszu, to ciężko mi oszacować, ale używam tanich zamienników, więc naprawdę wyjdzie ok)
  • osobom, które lubią mieć wszystko "po swojemu" - własny planner jest szyty na miarę 

Wpis kończę tylną okładką :)


A jeżeli jesteście ciekawe, jak zrobiłam takie marmurowe tło, to zajrzyjcie tutaj:
W jaki sposób organizujecie swój czas? :)
Aktualna pielęgnacja twarzy | lipiec 2017

środa, 19 lipca 2017

Aktualna pielęgnacja twarzy | lipiec 2017

Dziś przychodzę do Was z wpisem przedstawiającym moją aktualną pielęgnację twarzy :) Wiadomo, że część produktów może się niebawem zmienić, jednak schemat i kierunek pielęgnacyjny pozostaje bez zmian już od dłuższego czasu, tak więc zapraszam :)

Rano

Pierwszym krokiem rano jest mycie twarzy. Do tej pory używałam zwykle mydła Dudu Osun, ale odkąd w moje ręce trafił (z Shinyboxa) całkiem przyjemny żel do mycia twarzy -417, to po niego teraz sięgam. Dobrze oczyszcza, nie ściąga skóry, odświeża i z pewnością dobudza, bo ma dziwny zapach :D Z tonikiem korygującym Bielendy kiedyś się nie lubiłam, ale odkąd zaczęłam go wklepywać dłońmi zamiast przecierać wacikiem (wylewam tonik w zagłębienie, rozcieram w dłoniach i wklepuję w twarz), widzę lepsze rezultaty. Skóra jest oczyszczona i jaśniejsza. Następnie sięgam po serum. Kiedyś było to serum rozjaśniające z Biochemii Urody, którego używałam 2 razy dziennie, ale postanowiłam wprowadzić rano serum z witaminą C, a tamtego używać codziennie na noc. Sięgnęłam po serum z witaminą C Mincer z uwagi na wykorzystanie stabilnej jej formy. Używa się go bardzo przyjemnie, jest też wydajne, ale czasem się zastanawiam, czy ta olejowa formuła jest aby na pewno właściwa na dzień, czasem wydaje mi się odrobinę za ciężka. Pod oczy z ogromną przyjemnością sięgam po krem nawilżający Vianek - to już moje drugie opakowanie, prawie je kończę, a w zapasie mam trzecie. Krem jest bardzo lekki i sprawdza się pod każdym korektorem, choć niestety nawilżenie jest takie sobie. To po prostu bardzo lekki krem pod oczy na dzień, niekolidujący z makijażem. 


Filtry 

Filtry są dla mnie pozycją obowiązkową codziennie rano. Koniecznie SPF50, mniejszej ochrony nie uznaję, ewentualnie na ciele. Głęboko wierzę, że moja skóra mi za to kiedyś podziękuje. Jeżeli się nie maluję, z przyjemnością sięgam po emulsję Lirene SPF50, która jest moim hitem do ciała, ale pod makijażem sprawdza się poprawnie. Po posmarowaniu używam zwykle tylko pudru. Jeżeli się maluję, wybieram filtr matujący Vichy SPF50 lub La Roche Posay fluid ultralekki SPF50, które zdecydowanie lepiej sprawdzają się pod makijażem. Vichy jest filtrem zastygającym niemal do matu, zdecydowanie lepiej go wklepywać niż zbyt długo rozsmarowywać, gdyż może się zrolować. Natomiast LRP jest specyficzny, najpierw przypomina wodę (jest lejący jak diabli!), przy rozsmarowywaniu wydaje się być tłusty, a później wchłania się niemal do sucha. Właśnie - nie zastyga jak Vichy, lecz bardziej jakby się wchłaniał. Łatwiej jest w jego przypadku dołożyć drugą warstwę. 


Demakijaż

Totalnie nie wyobrażam sobie pójścia spać w makijażu, skóra musi kiedyś oddychać i ciarki mnie przechodzą jak czytam, że niektórzy nie mają z tym żadnego problemu. Demakijaż wygląda u mnie bardzo różnie i zależy głównie od użytych kosmetyków do makijażu. Jeżeli makijaż jest delikatny, niewodoodporny, wystarczy mi płyn micelarny - akurat jest to nawilżający płyn micelarny z Bielendy, który trafił do ulubieńców czerwca KLIK. Cenię go za skuteczność, delikatność (nie piecze w oczy!), uczucie odświeżenia i niską cenę za 400 ml (szczególnie w promocji). Czasem sięgam po płyn do demakijażu z Dermofuture, który również jest dobrym produktem. Trafił do mnie na spotkaniu blogerek w kwietniu (relacja). Dobrze zmywa makijaż niewodoodporny, nie piecze w oczy. Trochę denerwują mnie te pływające kuleczki - co prawda łatwo się rozpuszczają i nie barwią skóry, ale jakoś tak uważam je za zbędne :P Ogólnie używa mi się go naprawdę przyjemnie, ale 150 ml kosztuje mniej więcej tyle, co 400 ml Bielendy w promocji, więc nie planuję powrotu. Jeżeli makijaż jest wodoodporny lub po prostu bardziej obfity, wolę go uprzednio rozpuścić olejkiem do demakijażu Be.Loved (recenzowałam TUTAJ). Dobrze rozpuszcza makijaż, ma świetny skład, ale żałuję, że nie zawiera żadnego emulgatora, więc nie zmywa się tak jak olejki myjące. No i ma krótki termin ważności, więc czas mnie mocno goni, chyba nie uda mi się go zużyć :(. Mimo wszystko wolę olejki zmywalne. Na wyjazd (by nie brać za wiele) kupiłam płyn dwufazowy Rival de Loop i uważam go za naprawdę świetny produkt. Zużyłam już sporo buteleczek, zarówno dużych, jak i małych. Dobrze rozpuszcza nawet wodoodporny makijaż, ale należy się liczyć z tym, że jest trochę tłusty. Nie piecze w oczy, jest bardzo tani. Bardzo go lubię i na pewno kupię ponownie. 


Wieczorem

Wieczorem stawiam na dokładniejsze oczyszczenie skóry twarzy, w czym pomaga mi czarne mydło afrykańskie Dudu Osun. Jest absolutnie genialne - świetnie oczyszcza, dobrze się pieni, nie ściąga skóry i jest po prostu bardzo przyjemne. A oprócz tego tanie i szalenie wydajne, uwielbiam. W celu przywrócenia właściwego pH skóry, sięgam oczywiście po tonik. Ponownie jest to tonik korygujący Bielendy, który nakładam metodą wklepania (jak rano). Następnym krokiem jest nałożenie serum, od ponad 5 miesięcy jest to serum rozjaśniające extra z Biochemii Urody. W celu rozjaśnienia przebarwień używam też kremu AZELO/BHA, również z Biochemii Urody. Początkowo byłam tym duetem zachwycona, kilka świeżych przebarwień zniknęło dosłownie w oczach, a w chwili obecnej mam mieszane odczucia. Nie wiem, czy moja skóra się przyzwyczaiła, ale odnoszę wrażenie, że nie jest już tak super i ze smutkiem obserwuję całkiem świeże przebarwienia, które nie chcą drgnąć. Zaczynam się trochę irytować, bo męczy mnie to już ciągłe kręcenie serum i kremu (już mi się po prostu nie chce!), w dodatku serum jest mega wodniste i niewydajne, a krem śmierdzi i mąż mi dzień w dzień marudzi przed snem. Jeżeli przestałam widzieć efekty, to czuję się już trochę zniechęcona do dalszego stosowania. Jeżeli znacie coś naprawdę dobrego na przebarwienia pozapalne, to dajcie znać. Pod oczami ląduje krem korygujący Senelle, który naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył, jeden z najprzyjemniejszych kremów stosowanych do tej pory. Wydaje się być w miarę lekki, mimo to dobrze nawilża, a skóra pod oczami ma się w dobrej kondycji. Wygodna pompka i przezroczyste opakowanie pozwalające na kontrolę zużycia bardzo na plus. 


Peeling

O zbawiennym działaniu peelingu przekonuję się zawsze wtedy, gdy przez pewien czas o nim zapominam. Skóra staje się zanieczyszczona, suche skórki urządzają sobie party na twarzy, makijaż nie leży jak powinien... Gdy regularnie złuszczam skórę twarzy, te problemy nie występują. Jestem ogromną zwolenniczką peelingów mechanicznych, uwielbiam ten moment masażu skóry i efekt fantastycznej gładkości po zmyciu, jednak czasem, gdy hormony wariują, sięgam po peeling enzymatyczny, by nie roznosić zmian po skórze. W zakresie złuszczania mechanicznego sięgam ostatnio po peeling Senelle, który wydaje się być łagodny, drobnoziarnisty, ale po zmyciu skóra jest dobrze oczyszczona. Z kolei peeling enzymatyczny Sylveco to jak dotąd najskuteczniejszy znany mi gotowy peeling bez drobinek. Miło wspominam też własnorobną mieszankę z papainą i bromelainą, ale już tych składników nie mam i trochę nie chce mi się już mieszać. 


Maseczki

Maseczka Bania Agafii jest tu może lekko nad wyraz bo dopiero co ją skończyłam, ale saszetka jest naprawdę spora, więc wystarczyła mi na wiele użyć. Dodatkowo miałam ją nie po raz pierwszy. Dobrze oczyszcza, rozjaśnia i matuje, a relacja składu do pojemności i ceny jest naprawdę super. Mam kolejną w zapasie, ale na razie pozużywam różne jednorazowe saszetki, których się trochę nazbierało. Maskę korygującą Bielendy mam po raz drugi. Ta pojemność jest chyba nie do zużycia przy jej wydajności. Ma konsystencję żelu i wystarczy naprawdę odrobina do pokrycia całej twarzy. A jest mocno ściągająca, klejąca i wysuszająca, więc używam jej miejscowo, na wybrane partie twarzy (np. tylko na brodę/żuchwę), więc jest podwójnie wydajna. Bardzo skutecznie przyspiesza gojenie wyprysków, potrafi uratować mi tyłek, tfu, twarz, przed niejednym spotkaniem. 


Sporadycznie

Na pojedyncze niedoskonałości z chęcią sięgam po żel punktowy Acnex, który bazuje na olejku z drzewa herbacianego, a jest o wiele łatwiejszy i przyjemniejszy w stosowaniu. Skutecznie przyspiesza gojenie wyprysków, ale robi to znacznie łagodniej, wolniej niż wyżej wspomniana maska Bielendy, która jest dla mnie takim "natychmiastowym SOS". To już nie moja pierwsza tubka i recenzowałam go TUTAJWoda termalna Uriage to dla mnie niezbędnik - sprawdza się do spryskiwania maseczek z glinki (nawet tej niebieskiej Bania Agafii, bo ona też była zasychająca), jako łagodzący tonik, do odświeżenia w ciągu dnia (chciałoby się powiedzieć podczas upałów, ale jak na razie w tym roku deficyt ciepła ;)), czy też scalenia makijażu i ściągnięcia pudrowości. Recenzowałam ją TUTAJ. Duet na przebarwienia z Biochemii Urody (serum i krem) niestety jest trochę wysuszający, więc czasem odczuwam potrzebę użycia kremu Extra Rich z Naobay, który jest mega odżywczy i już jedno użycie raz na jakiś czas czyni cuda.


Zdaję sobie sprawę z tego, że moja pielęgnacja wygląda nieco inaczej, niż u większości osób, ale niestety takie są uroki skóry problematycznej :( Cały czas walczę z przebarwieniami, niestety. 

Znacie któryś z tych produktów?
Kosmetyczne rozczarowania

poniedziałek, 17 lipca 2017

Kosmetyczne rozczarowania

Przed przeczytaniem wpisu bardzo Was proszę o przeczytanie tych kilku słów wstępu :) Czuję, że wystawiam się na pożarcie rekinom, bo w moich rozczarowaniach znajdzie się kilka kosmetycznych "hitów" blogosfery. Znajdzie się tu kilka produktów, które nie są co prawda bublami, jednak nie spełniły moich oczekiwań w 100% - być może były one zbyt wygórowane? Nie chcę przedłużać, ale pamiętajcie o jednym - to moje subiektywne opinie, jest tu kilka produktów powszechnie znanych i uwielbianych więc to, że nie sprawdziły się u mnie nie znaczy, że nie sprawdzą się u Was :) No to zaczynamy ;)

W tym miesiącu rozczarowania pojawiły się oddzielnie od ulubieńców (klik - Ulubieńcy czerwca), ponieważ tak naprawdę nie są to produkty (a przynajmniej nie wszystkie), które rozczarowały mnie dokładnie w czerwcu. Część z nich znam już długo, ale jakoś nigdy nie było sposobności, by o nich napisać, więc teraz zebrałam je w jeden wpis. 
Ulubieńcy | czerwiec 2017

czwartek, 13 lipca 2017

Ulubieńcy | czerwiec 2017

Uwielbiam czytać takie zestawienia. Wy też? To zapraszam na ulubieńców czerwca :)
W tym miesiącu rozczarowania pojawią się osobno.


Nawilżający płyn micelarny Bielendy był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Z marką lubię się średnio, mają lepsze i gorsze produkty (jak każda marka), ale te ich wszystkie obietnice cudów na kiju mnie skutecznie zniechęcają. Micel kupiłam pod wpływem kilku pozytywnych opinii i... szok :) Zupełnie bez problemu dorównuje różowemu Garnierowi, a może jest nawet lepszy? Ani trochę nie piecze mnie w oczy (a wiele produktów to robi), skutecznie rozpuszcza codzienny makijaż (mocniejszy rozpuszczam uprzednio olejkiem do demakijażu), pozostawia skórę czystą i odświeżoną. Do tego jest duży (400 ml) i tani (ok. 16 zł, ale w promocji znacznie taniej). Benetint miałam przyjemność poznać dzięki Feeling Fancy, u której wygrałam w urodzinowym konkursie. To mój pierwszy tint w życiu, nie mam porównania, więc być może moje zachwyty są nad wyraz (bez porównania nie wiem, jak zachowują się inne produkty z tej kategorii), ale jestem w szoku, jak fantastycznie się sprawdza. Kolor wydaje się być nieco "wściekły", ale nic bardziej mylnego! Na ustach już przy nakładaniu robi się półtransparentny, zaś efektem końcowym są po prostu delikatnie podkreślone, zaróżowione usta. Bez żadnej wyczuwalnej warstwy, po prostu kolor "wgryza się" w wargi, barwiąc je na kilka godzin. Można jeść i pić, a usta nadal są wyraziste. Świetna opcja na lato bo Benetint jest kompletnie niewyczuwalny, przy czym twarz wygląda znacznie zdrowiej, niż w takich bladych wargach :) Warto jednak zadbać o dobrą kondycję ust, bo w przypadku mocnych przesuszeń wgryza się nieco nierównomiernie. Kolejne 3 produkty są związane z tegorocznymi wakacjami - w tym roku byłam w czerwcu pod namiotem na tydzień (spanie przy -1, pozdrawiam...), jechaliśmy motocyklem, więc ograniczał mnie bagaż, ale też potrzebowałam produktów trwałych (na deszcz). Tusz Bourjois Volume 1 seconde sprawdził się znakomicie - daje ładny efekt na rzęsach, a przy tym jest trwały i naprawdę wodoodporny. Nie jest ani zbyt suchy, ani zbyt mokry, choć osobiście wolałabym, żeby szczoteczka miała ciut gęstsze ząbki (byłoby mniejsze ryzyko sklejenia). Niemniej jednak jest to jeden z najprzyjemniejszych znanych mi dotychczas tuszów wodoodpornych. Henna Refectocil jest po prostu znakomita. Bardzo łatwo można łączyć odcienie, by uzyskać pożądany efekt. I tak na przykład ja łączę ciemny brąz (3) z grafitem (1.1) by uzyskać chłodny odcień brązu. W ogólnodostępnych drogeriach albo dostaniemy szarość, albo czerń, albo rudy brąz... Jedna tubka kosztuje ok. 13 zł, a biorąc pod uwagę wydajność, to naprawdę dobrze wydane pieniądze. Kolor trzyma się na moich brwiach na pewno 2 tygodnie, u niektórych podobno nawet 3 tygodnie. Użyłam na wyjazd (nie po raz pierwszy, mam już od jakiegoś czasu) i było to bardzo wygodne rozwiązanie. Mogłam już dokonywać jedynie drobnych poprawek kredką do brwi Maybelline BrowSatin i brwi gotowe :) Ta kredka nie jest może najwybitniejszym produktem do brwi, ale jej uniwersalność polega na zastosowaniu z jednej strony cienia (łatwo można wypełnić brwi kolorem), a z drugiej kredki (można uzupełnić braki). I to akurat bardzo mi się podoba, jeszcze tylko mi brakuje ukrytej spiralki ;) Dodatkowo ma ładny, chłodny odcień brązu. 


Ja wiem, że odgrzewany kotlet i zaraz będzie "ta nas będzie teraz nudzić w kółko tymi samymi ulubieńcami!". Ja wiem, naprawdę. Filtr i lusterko pokazywałam już w ulubieńcach maja, ale tak bardzo chcę pochwalić te dwa produkty, które zasłużyły sobie na to właśnie w czerwcu, że po prostu muszę bo inaczej się uduszę ;) Filtr Lirene SPF50 chronił mnie przed całodziennym przebywaniem na świeżym powietrzu (na wspomnianych już wakacjach) i choć pogoda nie dopisywała (pochmurno, zimno, deszczowo), to bywały też słoneczne momenty (sporadycznie), a i spędzanie kilkunastu godzin na powietrzu bez filtra to dla mnie bardzo czarna wizja. Dodatkowo, w czerwcu w moje ręce wpadł filtr Nivea i za każdym razem, gdy spróbuję czegoś innego, przekonuję się, jak świetnym filtrem jest Lirene. Naprawdę nie czuć, że to SPF50 - lekki, niebielący, szybko się wchłania. Do twarzy znam lepsze, ale do ciała - wybitny. Lusterko LED z Aliexpress to również odgrzewany kotlet z maja, ale BARDZO zasłużyło na to, by pojawić się ponownie w czerwcu. Pod namiotem co chwilę pojawiał się problem oświetlenia - za każdym razem, gdy potrzebowałam latarki, mąż akurat gdzieś z nią poszedł. Dostęp do prądu był daleko, więc korzystanie z tej w telefonie było ryzykowne. Okazało się, że te niepozorne diody naprawdę mają niezłą moc i w zupełności wystarczają do oświetlenia sporego namiotu! Bez problemu mogłam czegoś poszukać, rano się umalować, a wieczorem zmyć makijaż i ogarnąć się do snu bez ciągłego "gdzie jest latarka?". Jeden z najlepszych zakupów poczynionych kiedykolwiek, uwielbiam to lusterko!!!


Znacie któregoś z moich ulubieńców?
Zużycia maj/czerwiec

poniedziałek, 10 lipca 2017

Zużycia maj/czerwiec

Zapraszam na kolejne denko z ostatnich 2 miesięcy, będzie dużo zdjęć :)


InspiredBy: U.R.O.K. edycja XIV | czerwiec 2017

piątek, 7 lipca 2017

InspiredBy: U.R.O.K. edycja XIV | czerwiec 2017

Tym razem przychodzę dość późno z prezentacją pudełka InspiredBy (przyszło do mnie jeszcze w czerwcu), ale ostatnie tygodnie były dla mnie trudne :) Przedwczoraj udało mi się obronić magisterkę, nareszcie zszedł ze mnie cały ten stres, a ja zaczynam odgruzowywać wszystkie inne rzeczy, które odkładałam na "po obronie" ;) Całe szczęście, że miałam kilka wpisów w zanadrzu, bo inaczej blog świeciłby totalną pustką. Ale już wracam :)

W czerwcowym pudełku InspiredBy U.R.O.K. znajdziemy 6 produktów (w tym 2 pełnowymiarowe) oraz 1 gratis (próbka), a maksymalna wartość pudełka to 116 zł. 

Copyright © 2017 BASIA-BLOG.pl