ShinyBox: 5th Anniversary Celebration Time | czerwiec 2017

ShinyBox: 5th Anniversary Celebration Time | czerwiec 2017

Z okazji piątych urodzin, ShinyBox wypuścił w czerwcu specjalne, urodzinowe pudełka. Występują w trzech wersjach: 

  • standard: 9 produktów (w tym 7 pełnowymiarowych) + 2 upominki, max. wartość 269 zł
  • XXL: 10 produktów (w tym 8 pełnowymiarowych) + 2 upominki, max. wartość 300 zł
  • VIP: 13 produktów (w tym 11 pełnowymiarowych) + 2 upominki, max. wartość 378 zł

Montagne Jeunesse, 7th Heaven, maseczki: Strawberry, Coconut, Tea Tree, Passion

Montagne Jeunesse, 7th Heaven, maseczki: Strawberry, Coconut, Tea Tree, Passion

Pozwoliłam sobie odrobinę skrócić nazwy maseczek w tytule, gdyż w pełnej wersji tytuł był zabójczo długi. Znajdą się tu maseczki: Strawberry Souffle, Coconut Protein Resque Masque, Tea Tree Sheet Masque oraz Passion Peel-off. Każda innego rodzaju: jedna maska klasyczna do zmywania, jedna w płachcie/płacie, jedna peel-off i jedna do włosów. Maski te otrzymałam na spotkaniu MAYbe Beauty (link do relacji) i w sumie ciekawie, że firma postawiła na różnorodność form. Z maseczkami Montagne Jeunesse miałam już styczność wielokrotnie, więc nie jest to dla mnie nowość. Część sprawdzała się lepiej, część gorzej i nie inaczej było w tym przypadku :) Z pewnością ma tu znaczenie rodzaj cery, ale też po prostu moje indywidualne oczekiwania. 


Maseczki otrzymałyśmy zapakowane w torebkę firmową, której klimat w 100% odzwierciedla szatę graficzną maseczek :)


Strawberry Souffle to maseczka nawilżająco-oczyszczająca. Jest ona niezastygająca, po 15 minutach od nałożenia należy ją po prostu zmyć ze skóry. I tu muszę wspomnieć, że zmywa się wręcz dramatycznie, bez gąbeczki lepiej w ogóle nie podchodzić... Miałam wrażenie, że maseczka tylko się rozmazuje i zupełnie nie chce się przenieść ze skóry twarzy na skórę dłoni - dłonie ślizgały się po twarzy bez żadnego skutku :P Miała przyjemny, zadziwiająco niechemiczny zapach jogurtu truskawkowego, który przypadł mi do gustu. Konsystencja była gęsta, niespływająca, przy rozcinaniu obawiałam się, że zacznie mi wypływać z każdego zakamarka saszetki, a tu nie - maseczka zebrała się na samiutkim dole. Miała w sobie granulki, jednak na tyle niewiele, że nie spełniają funkcji peelingującej, gdyby ktoś na to liczył. Po zmyciu skóra była wyraźnie rozjaśniona, wygładzona, z lekkim efektem blur, pory stały się mniej widoczne. Była miękka w dotyku, ale jednocześnie mocno oczyszczona, a więc obietnice producenta zostały w 100% spełnione. Efekt bardzo mi się spodobał! Mam tylko jedno (nie)małe ale... Maseczka była perłowa, co nie wzbudziło moich podejrzeń. Niestety po zmyciu okazało się, że na mojej skórze pozostało mnóstwo połyskujących drobinek.... No nie, to nie do końca to, czego oczekiwałabym od maseczki, mówiąc szczerze natychmiast miałam ochotę umyć twarz, by się ich pozbyć... 



fuj, te drobinki są straszne...






Coconut Protein Rescue Masque to regenerująca maska do włosów. Moja pierwsza myśl po rozcięciu maseczki "ooo, ale ładnie pachnie, kokosowo", niestety przy dłuższym trzymaniu zapach okazał się chemiczny, intensywny i męczący, a do tego... trwały ;) Więc denerwował mnie aż do kolejnego mycia ;) Ilość maseczki w środku była zaskakująco obfita, nieco się obawiałam czy taka jedna saszetka wystarczy na moje długie włosy, jednak okazało się, że było jej nawet ciut za dużo :) Na krótszych włosach może wystarczyć na więcej niż jedno użycie. Trzymałam ją na włosach tylko chwilę, może ze dwie minuty. Nie mam wanny, więc wygrzewanie się w wodzie nie wchodzi w grę. A stać z mokrym ciałem bezczynnie pod prysznicem mi się nie uśmiecha - zatrzęsłabym się z zimna na amen :) W związku z tym u mnie czas trzymania odżywki/maski jest równy czasowi umycia całego ciała. Przy spłukiwaniu czułam, że włosy były bardzo śliskie, bardzo łatwo się też rozczesały. Po wyschnięciu były bardzo miękkie i bardziej błyszczące niż zwykle. Niestety na drugi dzień (myję włosy wieczorem) były ciut suche, napuszone i niedopieszczone, wołające "pić!" ;) Myślę, że po prostu moje włosy nie lubią się z kokosem. 








Tea Tree Sheet Masque to stanowczo moja ulubiona maseczka z tego zestawienia i z przyjemnością do niej wrócę. Maska była zaskakująco ogromna, w związku z czym musiałam sobie porobić na twarzy "zakładki" by udało mi się ją założyć na usta. Nie stanowiło to jednak problemu i było jak najbardziej wykonalne. Była mocno nasączona, ale nie ociekająca. Zupełnie w sam raz. Zapach od razu skojarzył mi się z zieloną gumą Orbit (Spearmint) - miętowy, ale ciut słodkawy. Po nałożeniu czułam lekkie chłodzenie, mrowienie skóry, które nie było w żaden sposób nieprzyjemne. Maska dobrze trzymała się twarzy, więc mogłam się bez problemu zajmować wszelkimi codziennymi czynnościami, bez konieczności leżenia w obawie o jej spadnięcie. Po zdjęciu skóra była delikatnie zaróżowiona (może to mrowienie lekko ją zaczerwieniło?), ale z każdą chwilą jaśniała. Finalnie była bardzo miękka i gładka w dotyku, a także oczyszczona, jaśniejsza.








Passion Peel-off to już ostatnia maseczka w tym zestawieniu, ma być przede wszystkim oczyszczająca. Chyba najmniej się polubiłyśmy, choć teoretycznie właśnie tego oczekuję najbardziej - oczyszczenia. Maseczka jest dość gęsta i na początku mogłoby się wydawać, że jest jej za mało, ale nie należy przesadzać z grubością warstwy, gdyż wtedy ma problem z zaschnięciem. Po 25 minutach zaczęłam ją ściągać, ale niestety środkowy obszar policzka nadal był wilgotny i musiałam poczekać dłużej, aż zaschnie (być może właśnie tu nałożyłam najwięcej). Należy uważać na brwi, by ich nie pokryć (niestety mi trochę spłynęło), ale nie jest to jakiś mocno trzymający mocarz (jak Pilaten), by zrobić sobie depilację. Po prostu będzie ciut więcej zabawy ze zmyciem tego. Po ściągnięciu skóra była gładka, jakby śliska, miękka w dotyku, trochę napięta. Nie była zaczerwieniona, ale nie była też rozjaśniona, taka... normalna :P Pory w okolicach nosa również nie zostały zwężone. Efekt taki bez szału. 






Podsumowując, maseczki sprawdziły się różnie, ale myślę że to normalne - każda z uczestniczek ma inną cerę, a każda otrzymała te sama maseczki (tak mi się przynajmniej wydaje?). Myślę więc, że tu jest dużo kwestii indywidualnych - właśnie rodzaj cery i preferencje, oczekiwania odnośnie efektu. W mojej własnej hierarchii najlepiej sprawdziła się Tea Tree, polubiłam ją za wygodę użycia i ładne oczyszczenie skóry. Strawberry dała świetne połączenie nawilżenia z oczyszczeniem, ale te wszechobecne drobinki po (długotrwałym i trudnym) zmyciu mnie odrzucają. Coconut teoretycznie jest świetna (no, może poza zapachem), ale moje włosy chyba nie bardzo lubią kokosa i na drugi dzień wyglądały nieciekawie, na suche i napuszone. Z kolei Passion Peel-off dała na mojej skórze dość mizerny, nijaki efekt. Maseczki te są dostępne m.in. w Hebe :)
Bania Agafii - maska do twarzy - witaminowa fitoaktywna - multinawilżenie

Bania Agafii - maska do twarzy - witaminowa fitoaktywna - multinawilżenie

Lubię maseczki z tej serii, szczególnie niebieską oczyszczającą oraz dziegciową. Ba, niebieskiej użyłam dziś rano :) Niestety tym razem obyło się bez zachwytów. Co prawda ta maseczka przewijała się już kilkakrotnie (w bublach - klik, na Instagramie - klik), ale uważam ją za tak słabą, że czuję potrzebę poświęcenia jej osobnego wpisu.


Nivea, olejek w balsamie Kwiat Wiśni i Olejek Jojoba

Nivea, olejek w balsamie Kwiat Wiśni i Olejek Jojoba

Stałe bywalczynie mojego bloga pewnie już pamiętają, że smarowanie ciała nie jest moją ulubioną czynnością. Więc żeby mnie do tego zmusić, produkt musi być znakomity - zachwycić mnie zapachem, formułą, czy też działaniem (a najlepiej wszystkim jednocześnie ;)). Dziś kilka słów o przyjemniaczku Nivea - jest to nowość pochodząca z serii olejków w balsamie, ja mam wersję Kwiat Wiśni. 


Bardzo szybka i łatwa aplikacja wcierki na skórę głowy (butelka-grzebień) :)

Bardzo szybka i łatwa aplikacja wcierki na skórę głowy (butelka-grzebień) :)

Aplikacja wcierki na skórę głowy zawsze była dla mnie problematyczna. Też macie takie wrażenie? Najgorsze opakowanie miał Jantar lata temu, pamiętacie ten zwykły dozownik z dziurką? ;) Niektóre wcierki mają atomizer, co wydaje się wygodne, ale w praktyce nie do końca, bo pryskamy sobie skórę głowy, ale też dużą część włosów (marnujemy dużo produktu). Jest to również dość czasochłonne. Najlepszym rozwiązaniem wydają się takie podłużne aplikatory (np. Joanna Rzepa), którymi łatwo dotrzeć bezpośrednio do skóry głowy. Ale tu ponownie pojawia się kwestia czasochłonności, no bo żeby dotrzeć do każdego zakątka skóry głowy, trzeba się namachać. Chciałabym Wam dziś pokazać inne, ciekawe rozwiązanie, które odkryłam... przypadkiem :) Wspominałam o tej butelce w ulubieńcach maja (klik). 

Przegląd paznokci | kwiecień i maj 2017

Przegląd paznokci | kwiecień i maj 2017

Cześć! Chciałabym raz na jakiś czas robić takie szybkie przeglądy - co się działo na moich paznokciach w ostatnim czasie :) Poświęcanie im osobnych wpisów raczej nie ma sensu, ale myślę, że fajnie byłoby to zebrać razem - może wpadnie Wam coś w oko, może się czymś zainspirujecie? :) Jeżeli śledzicie mnie na Instagramie, to pewnie jesteście na bieżąco, ale zdaję sobie sprawę z tego, że przecież nie każdy go ma (ba, ja sama go założyłam w połowie kwietnia, także ten... ;))

Na początku kwietnia odbyło się spotkanie MAYbe Beauty (relacja), miałam na nim pazurki z TEGO wpisu:


Były to hybrydy Provocater 05 powder rose wraz z pyłkiem Pink Stardust na palcu serdecznym :)

Na spotkaniu otrzymałyśmy od Drogeria.pl upominek w postaci lakieru ZILA i naklejek na paznokcie. Nie ukrywam, że paluszki swędziały i chciałam się do nich jak najszybciej dobrać :) 


Jest to lakier ZILA 104 Rodo


Tu z kolei wspomniane naklejki w szkocką kratę :) Na początku nie byłam przekonana do wzoru, ale ostatecznie mi się spodobał :) To były moje pierwsze naklejki wodne :)


Później zachciało mi się pasteli ;)
Rimmel Rita Ora 408 Peachella (brzoskwinia) i  Maybelline Super Stay 615 Mint for life (mięta)


Rimmel Super Gel 024 Red Ginger, w rzeczywistości ten kolor jest bardziej malinowy, jak przy nakrętce :) Naklejki wodne z AliExpress, drugi raz w życiu, tym razem małe :)


Tutaj nie wiem co mnie podkusiło do takiego kanarka hehe :D Nude to Rimmel 60 seconds 513 Let's get nude, zaś kanarek to Miss Sporty Clubbing Color 140


Z kolei w maju uczestniczyłam w spotkaniu z Realac (relacja), zrobiłam sobie takie oto kwieciste paznokcie :) Semilac 032 Biscuit i naklejki wodne z AliExpress (pod nimi Semilac 001 Strong White) - po raz trzeci :)

Post udostępniony przez @basia.blog
Z kolei pod koniec maja ponownie sięgnęłam po ZILA 104 Rodo :) 
I to już (chyba) wszystkie moje paznokciowe twory z ostatnich dwóch miesięcy :) 
Wpadło Wam coś w oko?
Ulubieńcy i jeden bubel | maj 2017

Ulubieńcy i jeden bubel | maj 2017

Dopiero pisałam o ulubieńcach i bublach w kwietniu (klik), a tu już maj dobiegł końca :) W sumie nie dziwię się, że zleciał mi tak szybko - maj był u mnie wypełniony pisaniem pracy magisterskiej, wszelkimi poprawkami, a następnie przygotowaniami do egzaminów końcowych. Nie da się ukryć, że trochę się działo! Nie sposób tu również nie wspomnieć o fantastycznym wydarzeniu, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, a mianowicie warsztatach z Realac, młodą marką lakierów hybrydowych, kto nie czytał, to zapraszam (link do relacji)! :) To również mogę zaliczyć do ulubieńców!

DIY marmurowe tło do zdjęć (i nie tylko!)

DIY marmurowe tło do zdjęć (i nie tylko!)

Zdjęcia są bardzo ważnym elementem bloga i warto zadbać o to, by ich jakość była jak najlepsza. Nie chcę się tu w żaden sposób wymądrzać, sama robię zdjęcia kompaktem męża (który zaczyna świrować... oczywiście kompakt, nie mąż ;)), czasem telefonem (wbrew pozorom ładniej wyciąga naturalne barwy, co jest świetne przy swatchach!), nie znam się za bardzo na fotografii i obróbce. Wszystkiego uczę się sama, metodą prób i błędów (dobra, bardziej błędów :D). Staram się jednak, by zdjęcia były wyraźne i żeby po prostu dało się to oglądać :) Bardzo ważne jest również tło do zdjęć i chciałabym Wam dziś pokazać jak można zrobić ciekawe tła do zdjęć - tanio, łatwo i szybko

A jeżeli macie już dość wszechobecnego marmuru, nie klikajcie "x" w prawym górnym rogu, będą też inne wzory :) 

Potrzebne Wam będą tylko 4 rzeczy:

1. Okleina meblowa - dostaniecie ją w sklepach budowlanych (OBI, Leroy Merlin, Castorama itp.), ale tam zwykle występuje w całej długiej rolce. Ja zamówiłam na allegro u sprzedającego "naszeokleiny_pl", gdzie koszt skrawka 45x50 cm to 2,60 zł!!! Zamówiłam aż 10 wzorów :) (PS. Wiem, że brzmi jak wyjątkowo nachalna reklama, ale post nie powstał we współpracy. Ja się po prostu bardzo cieszę, że udało mi się zrobić tyle ciekawych teł tak niskim kosztem :))
2. Coś płaskiego, gładkiego i sztywnego - u mnie tzw. "plecówki", czyli płyty HDF, macie je w szafach z tyłu :) Takie zwykłe, surowe kosztują ok. 8 zł za m2 w sklepach budowlanych. Można poprosić o przycięcie na wymiar, ale niestety nie robią tego od ręki (przynajmniej w Leroyu, w którym pytałam) :/ Na szczęście mąż miał coś tego typu, więc mogłam skorzystać :) 
3. Coś do wygładzania - jeżeli macie, to rakla, ale jeżeli nie macie, to nie kupujcie, nie ma potrzeby. Wystarczy jakaś czysta ścierka
4. Coś do ucięcia - przydałby się ostry nożyk, ale akurat mąż zabrał skrzynkę narzędziową. Zwykłym nożem kuchennym też się udało :D


Powierzchnia, na którą przykleicie okleinę, powinna być czysta i odtłuszczona. Zaczęłam od podglądowego przyłożenia okleiny na płytę, żeby zobaczyć, czy pokryje ją całą. Zauważyłam, że wystaje mi sporo u góry i na dole, więc tu nie ma problemu. Gorzej z bokami - płyta miała mniej więcej taką samą szerokość, jak okleina. Powinna być trochę mniejsza, wtedy łatwo się ucina nadmiar. Ale mi zależało też na możliwie największej powierzchni tła, więc sama sobie trochę utrudniłam ;)

Okleina przyszła zrolowana, stąd zagięcia na papierze, na którym jest ona przyklejona, ale nie martwcie się, po przyklejeniu nie ma żadnych zagięć :)


O, tu dobrze widać, że okleina jest dłuższa od płyty :)


Odklejam kawałeczek papieru


I przyklejam z wystającym zapasem na płytę, widać że część przykleiła się do płyty, a część wisi sobie u góry swobodnie


Zabieram się za wygładzanie ściereczką od środka ku zewnątrz, żeby pozbyć się wszystkich pęcherzyków powietrza i wygładzić okleinę


I teraz każdy kolejny krok aż do końca wygląda tak samo - odklejam spod spodu kawałek papieru i wygładzam okleinę. Róbcie po małym kawałeczku, bo jeżeli duży fragment źle się przyklei, ciężko będzie to wygładzić.



Stopniowo :)


Gdy już okleina będzie w całości przyklejona, odwróćcie płytę na drugą stronę. Widać, że okleina wystaje ze sporym zapasem. Podłożyłam pod spód inną płytę, żeby nie porysować podłogi nożem. Wystarczy przejechać ostrym nożykiem i nadmiar z łatwością będzie można usunąć. 




I gotowe, macie nowe tło :)


U mnie minusem jest to, że wykorzystane płyty były zbędnym odpadem słabej jakości. Ja wiem, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda (dziękuję mężu!) ;) Ale niestety powierzchnia tła nie jest u mnie idealnie gładka, co wynika z tego, że sama płyta też gładka nie była. Nawet ta "gładsza" powierzchnia miała sporo nierówności, wystających wiórków. A ja, "mądra", kleiłam okleiny na obie strony płyty, w tym tą kratkowaną również, co też jest widoczne. Uczcie się na moich błędach i przyklejcie okleiny na idealnie gładkiej powierzchni, wtedy będzie wyglądało super :)

Jeżeli coś poszło nie tak (choć wątpię, bo okleina sama w sobie jest ładnie plastyczna i pięknie się wygładza - ostatnio walczyłam z folią suchościeralną, też o niej kiedyś napiszę, to dopiero była walka o każdy bąbel...), możecie skierować ciepły strumień powietrza z suszarki do włosów, okleina stanie się jeszcze bardziej plastyczna i można poprawić co nieco. Ja nie potrzebowałam. Dodatkowo klej związuje porządnie dopiero po paru godzinach, więc jeżeli faktycznie wyszła lipa, to można folię odkleić i przykleić ponownie :) 

Ja mam takie tła:
(jednego na zdjęciu zbiorczym zabrakło, powinno być 10)



Co w praktyce wygląda tak:

MARMUROWE:

D-10 marmur szary


D-8 carrara szara


D-50 marmur trzy kolory


DREWNIANE:

C-77 dąb wapienny


C-100 dąb perłowoszary


C-93 dąb kawowy mocca


C-2 drewno białe mat


JEDNOKOLOROWE:

F-24 biała połysk


F-47 biała mat


F-51 czarna mat
(oj tu nierówności na mojej płycie są mocno widoczne)


Producentem tych oklein jest D-c-fix, więc znajdziecie je w różnych sklepach, są popularne :)
Jest tyle różnych wzorów i kolorów, że każdy znajdzie coś dla siebie!

Dodam jeszcze raz, że nierówności na moich tłach nie wynikają ze złej jakości oklein, ani nawet ze złego ich użycia, lecz po prostu moje płyty nie były idealnie gładkie, miały różne skazy. Dodatkowo popełniłam błąd, przyklejając okleiny na tył płyty (ten kratkowany), gdzie nierówności są podwójne. Naklejcie je na gładką powierzchnię, a będzie super!

Powodzenia! 
Które tło podoba się Wam najbardziej?
Copyright © 2017 BASIA-BLOG.pl , Blogger