Pianka samoopalająca - Vita Liberata, 2-3 Week Tan Mousse


Przyznaję szczerze i bez bicia, że fanką produktów samoopalających nie jestem. Miałam taki pewien etap wiele lat temu, gdy chętnie z nich korzystałam, przez moje ręce przewinęło się wiele produktów - Nivea, Dove, Garnier, Johnson's, SunOzon, Lirene... Strach pomyśleć, o ilu jeszcze zapomniałam. Z biegiem czasu zbrzydło mi to ciągłe smarowanie się śmierdzącymi balsamami brązującymi, które dają efekt pomarańczowej skóry, zostawiają smugi, brudzą ubrania... Ostatecznie sobie darowałam, a złą passę przerwała dopiero pianka samoopalająca Vita Liberata. I szczerze zmieniła moje podejście! Nie znałam wcześniej produktów tej firmy, ale po drobnym rozeznaniu okazało się, że są dostępne w Sephorze.


Zestaw samoopalający znajduje się w kartonowym opakowaniu, znajdziemy w nim:
- piankę samoopalającą
- balsam złuszczający
- rękawicę
- ulotkę z informacjami dot. stosowania (również w języku polskim)




Generalnie cała sprawa polega na tym, żeby posmarować ciało (szczególnie takie miejsca jak: łokcie, kolana, kostki przy nodze i inne typowo szorstkie miejsca, na których mogą wyjść smugi) balsamem złuszczającym, odczekać kilka minut, spłukać balsam, wytrzeć ciało do sucha i nanieść piankę za pomocą rękawicy na ciało (można użyć też do twarzy). Nie nakładamy wówczas już żadnych innych balsamów nawilżających. Tak szczerze, to akurat działanie balsamu złuszczającego średnio mnie zadowoliło - nie odczułam zbyt dużej różnicy przed i po zastosowaniu. Balsam ma lekko kremowy, nienachalny zapach i zawiera w sobie drobinki. Nie zrobił mi nic złego, ale też niewiele pomógł. Wolę się klasycznie wypeelingować drobinkami przed zastosowaniem pianki.




Po złuszczeniu i osuszeniu skóry, chwytamy piankę i rękawicę. Rękawica jest milutka w dotyku, z jednej strony pokryta gąbeczką, z drugiej strony śliskim materiałem z napisem i logo Vita Liberata. Dobrze leży w dłoni, nie ucieka z niej i przyjemnie się ją stosuje. Wielkim plusem rękawicy jest fakt, że dzięki niej unikniemy zacieków na dłoni (szczególnie upierdliwe są te między palcami) - w czasie aplikacji wchłonęłoby się trochę pianki i porobiłyby się smugi, a tak przynajmniej mamy wszystko pod kontrolą i smarujemy dłonie dopiero pod koniec, żeby wyrównać koloryt z resztą ciała :)



Wyciskamy piankę na rękawicę i smarujemy ciało - duuuużym ułatwieniem jest fakt, że pianka sama w sobie jest brązowa, dzięki czemu aplikacja przebiega zupełnie bezproblemowo, od razu widać, gdzie już została nałożona, a jakie obszary pominęliśmy. Rękawica ułatwia też ewentualne rozcieranie miejsc, gdzie nałożyliśmy za dużo produktu. Pianka ma lekką konsystencję i jest bardzo łatwa w aplikacji. Podczas smarowania jest całkowicie bezzapachowa, bardzo (!!) szybko się wchłania, zupełnie nie jak w przypadku balsamów. Praktycznie od razu (po kilku sekundach) skóra jest już sucha, chociaż ja dla pewności czekałam kilka minut na całkowite wchłonięcie, zanim się ubieram. Piankę można stosować też na twarz, jednak to jest akurat moją zmorą, bo mam obecnie tyle suchych skórek i nierówności (szczególnie na czole i policzkach), że porobiłam sobie sporo plam i musiałam wypeelingować buzię, bo nie wyglądało to dobrze. Być może na mniej problematycznych cerach się sprawdzi. Pianka nie brudzi ubrań, jedynie miejsce, które dość mocno ociera się o skórę może się ubrudzić - u mnie zabrudzona była gumka w spodniach od piżamy, ale zeszło w pierwszym praniu, także się nie przejmuję.



Po aplikacji nie czuć praktycznie żadnego zapachu, charakterystycznego dla samoopalaczy, zaczęłam go czuć dopiero kilka godzin po posmarowaniu, kiedy pianka zaczęła wchodzić w reakcję ze skórą. Zapach nie był intensywny, także ok. Ogromnym zdumieniem dla mnie było, że już na drugi dzień po przebudzeniu zwietrzał całkowicie i już nie czułam na skórze NIC, nawet przystawiałam ręce do nosa i naprawdę nic nie czułam. Największym zaskoczeniem była jednak dla mnie opalenizna, naprawdę byłam w głębokim szoku i moja mama też, jak tylko mnie zobaczyła... Ciałko było brązowe, żadnej pomarańczki, kolor równomierny. Już po jednej aplikacji byłam naprawdę zadowolona z efektu!! W przypadku zwykłych, drogeryjnych balsamów brązujących często wybierałam wersję ciemniejszą, gdyż jaśniejsza nie dawała zbyt widocznego efektu - tutaj chyba aż bym się bała próbować wersji ciemnej (posiadam Medium) - mogłoby poskutkować efektem Murzynki o białej twarzy :) Porobiłam sobie trochę smug w niektórych miejscach, ale to raczej kwestia mojego braku wprawy - odrobina peelingu i zeszło natychmiast, kolor się wyrównał (obyło się bez starcia całego placka opalenizny ze skóry), także super. Kolor po jednej aplikacji trzyma się do 7 dni, w praktyce około 5 dni - akurat miałam trochę zakręcony miesiąc, smarowałam się około co tydzień i w ten sposób utrzymywałam ładną opaleniznę :)

Ulotka informacyjna:




I dodatkowe zdjęcia z opakowania:


(można powiększyć)

Plusy Minusy
  • dostępność (drogerie Sephora)
  • praktyczne opakowanie z pompką
  • bardzo wygodna aplikacja dzięki rękawicy, nie porobimy sobie zacieków na dłoniach
  • nie pozostawia smug
  • w czasie aplikacji pianka jest BEZZAPACHOWA
  • pianka jest sama w sobie brązowa, co ułatwia dokładną aplikację
  • wchłania się ekspresowo
  • nie brudzi ubrań, ewentualnie przy mocnym ocieraniu o skórę, ale łatwo się spiera
  • przepiękna, brązowa i intensywna opalenizna bez żadnej pomarańczki
  • po jednej aplikacji opalenizna utrzymuje się do 7 dni (w praktyce około 5 dni)
  • cena (139 zł)
  • balsam złuszczający niezbyt dobrze spełnia swoją rolę
  • gdy wchodzi w reakcję ze skórą, czuć charakterystyczny smrodek samoopalacza (ale na drugi dzień już wietrzeje i nic nie czuć)

Bardzo polubiłam tę piankę przede wszystkim ze względu na to, że nie śmierdzi - to jest czynnik, który naprawdę odstrasza mnie od samoopalaczy. Tutaj zapach wyczuwalny jest krótko, w procesie reakcji ze skórą i szybko wietrzeje - na drugi dzień już nic nie czuć. Opalenizna jest intensywna i BRĄZOWA, bez żadnej pomarańczki! Dzięki rękawicy na ciele nie ma smug. Szczerze żałuję, że nie poznałam tego produktu przed różnymi ważnymi okolicznościami - studniówki, wesela itp., bo naprawdę warto użyć wtedy tej pianki - ekspresowa (już po 1 użyciu), piękna, brązowa opalenizna bez smrodku! Na co dzień jest to zdecydowanie zbyt drogie rozwiązanie, ale na większe okazje - rewelacja!! Dla mnie to jest taki "Mercedes" wśród samoopalaczy, zupełnie inna klasa w porównaniu z tym, co otrzymamy w przeciętnej drogerii za 10-15 zł (czyli śmierdzącą pomarańczkę ze smugami, z efektem widocznym dopiero po przynajmniej trzech aplikacjach...). 

7 komentarzy:

  1. Nie znalałam wcześniej tej pianki, ale widzę że warto się nią zainteresować. :) Póki co czekam na moją wizytę w gabinecie depilacji laserowej więc ani opalać się nie mogę ani stosować takich produktów. Ale później będę się rozglądać. :) Do tej pory używałam mleczka z Sun Ozon. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. wooow... właśnie szukam produktu brązującego. szkoda że ta pianka jest tak droga.
    dodaję do obserwowanych;) zapraszam do siebie na zapisy na spotkanie blogerek

    OdpowiedzUsuń
  3. ciekawy produkt, muszę przyznać że pierwszy raz się z nim spotykam

    OdpowiedzUsuń
  4. nigdy nie słyszałam o tym produkcie... szkoda tylko, że jest taki drogi :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Do twarzy polecam samoopalacz Clarins, nakłada się go wacikiem i daje świetny efekt. O tej piance pierwszy raz słyszę, ale chcę ją :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawi mnie to bardzo, zwłaszcza jeśli rzeczywiście nie smierdzi.

    OdpowiedzUsuń

Chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat, zostaw komentarz :)

Copyright © 2017 BASIA-BLOG.pl , Blogger