Lumene Natural Code Skin Perfector Matt Makeup - idealny podkład na lato!

Kilkakrotnie wspominałam już o tym podkładzie (w samych superlatywach), jednak nigdy nie doczekał się on pełnego wpisu, aż do dziś. Wspominałam o nim między innymi we wpisach:


Jest to podkład, na którym zawsze mogę polegać i wiem, że mnie nie zawiedzie, więc zdecydowanie zasługuje na osobny wpis. W mojej tubce są już resztki podkładu i natychmiast kupiłam kolejne opakowanie, a to się u mnie zdarza bardzo rzadko, prawie nigdy!


Opakowanie nie jest jakieś wybitnie urodziwe. Zwykła, estetyczna, miękka tubka. Nie jest ani elegancka, ani tandetna. Dozownik w kształcie dzióbka doskonale pomaga w wydobyciu dokładnie takiej ilości, jakiej potrzebujemy, nawet jeżeli ma to być malutka kropelka, nic się nadmiernie nie rozlewa. Z uwagi na to, że tubka stoi na nakrętce, podkład nie jest szczególnie gęsty (łatwo spływa w dół), a sam materiał tubki jest miękki - nawet pod koniec wyciska się łatwo. 




Lumene ma bardzo delikatny, zupełnie nijaki, ledwie wyczuwalny zapach podkładu. Konsystencja jest średnia, nie jest to ani podkład gęsty, ani rzadki, taki w sam raz. Mam odcień 10 Vanilla, który jest najjaśniejszym odcieniem w gamie kolorystycznej. Jest wyraźnie jaśniejszy od Revlona ColorStay 150, więc bladolice zdecydowanie powinny się nim zainteresować. Dodatkowo, nie ciemnieje, jeżeli już to naprawdę ledwie ledwie, więc ten jasny odcień taki zostaje! Oczywiście w gamie są też ciemniejsze kolory, jeżeli nie jesteście aż tak blade :) 

Jeżeli chcecie zobaczyć więcej swatchy w towarzystwie innych podkładów, to zapraszam Was tutaj:


Jest to podkład matujący i robi to fenomenalnie. Oprócz tego, że tuż po aplikacji wcale nie wymaga przypudrowania (choć i tak ja zawsze używam pudru, choćby dla utrwalenia makijażu) bo się nie świeci, to doskonale trzyma mat w ciągu dnia. Z wieloma podkładami płynę z sebum po kilku godzinach, a z tym cera wygląda znakomicie przez cały dzień. Zwykle dokonuję tylko jednej poprawki w ciągu dnia (bibułki matujące). Sam podkład ma wykończenie matowe, z bardzo delikatnym odbijaniem światła, a więc nie jest to mat płaski. Dzięki temu nie wygląda sucho i nie podkreśla suchych skórek! Z uwagi na fakt, że jest to podkład matujący, nie możemy wymagać od niego nie wiadomo jakiego krycia - producent wcale go nie obiecuje. No i właśnie tu jest drobny szkopuł, bo w Lumene krycie jest bardzo słabe. W zasadzie bliżej mu do kremu tonującego niż do podkładu. Wraz z tym minusem idzie w parze pewien plus, gdyż krycie można budować. I nie jest to byle jaki slogan, powtarzany często na blogach. Spotkałam się już z wieloma podkładami, przy których doklepywanie drugiej warstwy ściąga poprzednią, podkład brzydko się ściera lub nawet roluje. Tutaj NIC takiego nie ma miejsca! Po nałożeniu pierwszej warstwy, zupełnie bez problemu można dołożyć drugą i nadal wygląda świetnie! A dzięki temu, że jest to podkład bardzo lekki (nie konsystencją, lecz formułą), to nawet druga warstwa wygląda naturalnie. Oprócz tego, na mojej skórze ma wybitną trwałość, po 10 godzinach (i jednym ściągnięciu sebum w ciągu dnia) nadal wygląda świetnie. Dlatego dla mnie to jest podkład niezastąpiony w te dni, kiedy muszę wyglądać świetnie od rana do wieczora. Moją bolączką jest warzenie się podkładów w okolicy nosa i na brodzie, po prostu moje sebum rozpuszcza podkłady w bardzo brzydki sposób. Lumene się nie warzy! Delikatnie się ściera w ciągu dnia, ale robi to na tyle subtelnie, że po całym dniu nadal nie wstydzę się swojej twarzy! Zdaję sobie sprawę, że ilość wykrzykników w tym wpisie jest stanowczą przesadą, ale dla mnie ten podkład jest tak wybitny, że każde pochwalne zdanie chciałabym bardzo mocno podkreślić ;) 




Jeżeli chodzi o wydajność, jestem lekko rozdarta wewnętrznie. Z jednej strony nie jest on niewydajny z uwagi na swoją formułę, jednak z drugiej, schodzi mi w mgnieniu oka. Wynika to wyłącznie z faktu, że słabo kryje i jestem zmuszona budować krycie, nakładając gdzieniegdzie dwie warstwy. Więc siłą rzeczy używam większej ilości, niż zwykle. Dodatkowo, zawsze nakładam go gąbeczką, która sama w sobie pochłania część podkładu, więc i tu gdzieś ucieka. Dlatego u mnie jest on bardzo niewydajny. Dodam jeszcze, że nie zastyga zbyt szybko. W związku z tym, można sobie śmiało porobić "kropki" z podkładu na twarzy i dopiero wtedy zabrać się za rozprowadzanie. U mnie, przy robieniu zdjęć, minęła spora chwila (a bo się aparat wyłączył, a bo trzeba zrobić kilka zdjęć, a tu rozmazane, a tu krzywa mina...), a mimo to rozprowadziłam go bez żadnego problemu, nic się nie rolowało i nic nie zdążyło mi zastygnąć na skórze. 


No dobrze, zobaczmy jak on wygląda na skórze:


Zbliżenie na policzek:


I na brodę:


Same zobaczcie, że nawet dwie warstwy w dużym zbliżeniu wyglądają świetnie!
Nie ma żadnej szpachli, nic nie weszło w pory, większe piegi i przebarwienia nadal przebijają, skóra wygląda naturalnie


No i wykończony makijaż, użyłam:
(oczywiście aparat zjadł większość kolorów...)

Twarz
  • podkład Lumene Natural Code Skin Perfector Matt Makeup 10 Vanilla
  • korektor (pod oczy) Astor Perfect Stay 001 Ivory
  • puder RCMA No-Color Powder
  • bronzery Kobo Sahara Sand + My Secret Face'n'Body Bronzing Powder
  • róż Zoeva Luxe Color Blush Gentle Touch 
  • rozświetlacz My Secret Face Illuminator Powder Princess Dream
Oczy:
  • baza Inglot Eye Shadow Keeper w czarnej tubce
  • cienie z palety Zoeva Smoky: Relieve the moon (załamanie i pod brwią), Ashes Awake (kreska przy linii rzęs), rozświetlacz My Secret Face Illuminator Powder Princess Dream na powiekę ruchomą
  • brwi wypełniłam cieniem Ashes Awake (Zoeva Smoky)
  • rzęsy - Max Factor 2000 Calorie (klasyczny)
Usta:
  • Rimmel The Only 1 Matte Lipstick 200 Salute


Użyłam go również tutaj:

Podsumowując, dla mnie ten podkład to jest mega hicior i NIGDY mnie nie zawiódł. Zawsze używam go w te dni, kiedy muszę wyglądać nieskazitelnie i nie mogę sobie pozwolić na zwarzenie czy nadmierne świecenie. Jest bardzo trwały, nawet pod koniec dnia wygląda świetnie, nie warzy się (!), ściera baaaardzo subtelnie. Fantastycznie matuje, nie tylko po nałożeniu, ale też trzyma mat w ciągu dnia. Mimo, że jest to podkład matujący, nie wygląda sucho, lecz bardzo lekko, świeżo i promiennie. Nie podkreśla suchych skórek. Z uwagi na bardzo lekką formułę, niestety bardzo słabo kryje, bardziej jak krem tonujący niż podkład, ale za to można to krycie budować, a dwie warstwy nadal wyglądają fantastycznie i bardzo naturalnie, co zwykle jest niemożliwe. Przez to niestety cierpi wydajność, bo używam go więcej. Najjaśniejszy kolor jest świetny, jaśniejszy do ColorStaya 150, a dzięki temu, że jest tak lekki, też się ładnie dopasowuje. Oczywiście są też ciemniejsze w gamie. Nie ciemnieje, a jeżeli już, to ledwie ledwie! 

Z uwagi na swoją lekką formułę, bardzo naturalny wygląd, świetny mat i fantastyczną trwałość, serdecznie polecam go jako podkład na lato! :)

Jest niedrogi, ale trzeba wziąć pod uwagę słabą wydajność. Kosztuje około 20-30 zł, ja go kupowałam w eKobieca, ale widziałam też w eGlamour i LadyMakeUp (tu najdrożej). Teraz chyba jest wszędzie wykupiony, nie wiem dlaczego :( Całe szczęście, że mam jeszcze jedną tubkę w zapasie! Mówiąc szczerze, dla mnie jest wart znacznie więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat, zostaw komentarz :)

Copyright © 2017 BASIA-BLOG.pl , Blogger