wtorek, 16 stycznia 2018

Ulubieńcy 2017 - pielęgnacja

Ten wpis miał się pojawić wczoraj, ale niestety nie wyszło z najprostszej możliwej przyczyny - mniej więcej w połowie wpisu zastała mnie noc ;).

Tego się nie spodziewałam, ale... komponowanie ulubieńców było dla mnie stresujące! :D A co, jak jakiegoś pominę? Nie da się ukryć, że nie jest to wcale takie łatwe - bo nie wszystkie produkty, które mogę z pełnym przekonaniem wrzucić do ulubieńców roku, mam obecnie w posiadaniu, więc niekiedy będę się musiała posłużyć starszymi zdjęciami. Zapraszam!

Kosmetyczne hity

Twarz

Przez moją łazienkową półkę przewinęła się cała masa produktów do pielęgnacji twarzy, ale tylko garstkę z nich mogę z czystym sumieniem wrzucić do ulubieńców roku.

Pielęgnacja twarzy - woda termalna Uriage, woda termalna Vichy, Bielenda Super Power Mezo Tonik korygujący, Tess pianka do mycia twarzy i demakijażu Idea25

Woda termalna to ten rodzaj produktu, którego dopóki się nie spróbuje, to się nie zrozumie. No bo jak to, płacić kilkadziesiąt złotych za wodę w sprayu! Pfff! Okazuje się, że ma wiele zastosowań, które częściowo wymieniłam w tym wpisie, zaś Ewa Szałkowska fantastycznie rozwinęła temat właściwości poszczególnych wód termalnych tutaj (działanie różni się w zależności od zawartości składników mineralnych). Woda termalna łagodzi podrażnienia, koi skórę, nawilża, sprawdza się też do spryskiwania gąbeczek, glinek, czy ściągania nadmiernej pudrowości z makijażu. Nie tylko w teorii, ale w praktyce również! Zazwyczaj towarzyszy mi woda termalna Uriage* z uwagi na niską cenę i izotoniczność (nie trzeba osuszać), ale w październiku w moje ręce trafiła woda Vichy i w pewnym sensie polubiłam ją nawet bardziej - wydaje mi się, że lepiej koi i nawilża skórę, ma też lepszy atomizer. Ale należy liczyć się z tym, że trzeba ją po chwili osuszyć, by nie wyciągnęła wilgoci ze skóry.
*Woda termalna Uriage pojawiła się w ulubieńcach 2016

Toniku korygującego Bielendy (Super Power Mezo Tonik) na początku nie lubiłam. Wszystko zmieniło się o 180 stopni (dobrze, że nie 360, jak to wiele osób ma w zwyczaju mówić), gdy zamiast przecierania wacikiem, spróbowałam go wklepywać dłońmi. Skóra stała się czystsza, jaśniejsza, a niedoskonałości mniej uporczywe. Czyli po prostu tonik zaczął działać zgodnie z obietnicami producenta :D. Zyskał też dzięki temu na wydajności, bo zamiast wchłaniać się w wacik, faktycznie lądował na skórze. Zużyłam go z przyjemnością (po zmianie aplikacji ;)), a nawet z powodzeniem używałam do nasączania maseczek tonikowych. Świetny wybór dla problematycznych cer!

Pianka do mycia twarzy i demakijażu Tess to bezsprzecznie jedno z moich największych odkryć 2017 roku. Przyniosłam ją z kwietniowego spotkania blogerek i jest największym ulubieńcem spośród wszystkich ówczesnych upominków (a znalazłam wśród nich sporo bubli lub chociaż rozczarowań ;))). Ma dobry skład (zaaprobowany przez kascysko ;)), niewygórowaną cenę, jest ultrałagodna zarówno dla twarzy, jak i oczu, dobrze myje twarz i usuwa resztki makijażu. Praktycznie bezzapachowa. Można by rzec - pianka jak pianka. Ale moje serce skradła właśnie ta łagodność (powtarzam - wielokrotnie przemywałam nią oczy!) i fakt, że po zmyciu skóra była nieściągnięta, a wręcz mięciutka i ukojona. Najlepsza pianka, jaką kiedykolwiek miałam.

Płyn micelarny Garnier różowy

Płyn micelarny Garnier pojawił się w ulubieńcach 2015 oraz ulubieńcach 2016 - to mój ulubieniec od lat. Chyba nie trzeba go przedstawiać - łagodny, optymalnie skuteczny (optymalnie - bo nie jest demonem skuteczności, niemniej jednak mi wystarcza), niedrogi, wydajny. Bardzo go lubię i zużywam butlę za butlą, ale...

Bielenda nawilżający płyn micelarny niebieski

...nawilżającego płynu micelarnego Bielenda używałam równie chętnie! Ba, poczułam niemały smutek, gdy dobiegł końca. A dodam, że był bardzo wydajny! Pojawił się w ulubieńcach czerwca, a w zużyciach dopiero listopada/grudnia, więc towarzyszył mi jakieś pół roku*! Też jest skuteczny, ma przyjemny, świeży zapach, jest tani i duży, nie piekł w oczy. Świetna alternatywa dla Garniera, warto spróbować!
*nie da się jednak ukryć, że w tym roku nie malowałam się codziennie, a mocny makijaż rozpuszczałam uprzednio olejkiem, czasami dwufazą, więc nie oznacza to codziennego demakijażu wyłącznie tym płynem

Dobre filtry do twarzy, emulsja Lirene SPF50, La Roche-Posay Anthelios fluid ultralekki, suchy żel-krem w dotyku

Dla osoby, która z kwasami jest za pan brat, a dodatkowo ma skłonność do przebarwień, filtry to must have. Emulsję Lirene SPF50+ zużywam tubka za tubką, a to aż 175 ml! Zupełnie serio - gdy poprzednia się kończy, kupuję nową. Ta ze zdjęcia jest zafoliowana, bo z poprzedniej właśnie wydłubuję resztki po rozcięciu. Idealna do ciała, świetnie się wchłania i nie denerwuje nawet podczas upału. Ale jest niemal bliźniacza składem (choć nie formułą) do hydrolipidowego Pharmaceris do twarzy! I na twarzy również spisuje się znakomicie, dobrze się wchłania (ale nie w 100%), prawie nie bieli, nie jest tłusta. Bez problemu można wykonać pełen makijaż. Dla mnie to ideał na co dzień, który nie rujnuje portfela. Na marginesie dodam, że swoją tubkę ma nawet mój mąż, który jest absolutnym przeciwnikiem jakichkolwiek smarowideł (ble, fuj, tłuste, klei się, śmierdzi i te sprawy), a emulsję Lirene zabiera ze sobą latem, jeżeli spędza wiele godzin na słońcu przy różnych pracach mechanicznych. Jeżeli to Was nie przekona, to już nie wiem :). Z kolei oba Antheliosy (fluid ultralekki, suchy żel-krem) są o wiele bardziej komfortowe - wchłaniają się jeszcze lepiej, zapewniają mat na jeszcze dłużej, mają jeszcze wyższą ochronę przeciwsłoneczną (UVA), ale... też znacznie wyższą cenę. I z tego względu chętnie sięgam po nie na większe wyjścia czy spotkania, kiedy chcę wyglądać nienagannie przez wiele godzin. Tak na co dzień jest mi zwyczajnie szkoda :(. Więcej o tych filtrach pisałam w aktualnej pielęgnacji twarzy

Usta

Nuxe Reve de miel, EOS, Sylveco odżywcza pomadka z peelingiem

Nie da się ukryć, że na punkcie ust mam małego fioła, o czym może świadczyć co najmniej 13 otwartych obecnie smarowideł do ust (pielęgnacyjnych - dodam). Piszę co najmniej, ponieważ nie panuję nad niektórymi, walającymi się po kieszeniach kurtek czy torebek ;) Tyle naliczyłam na pewno, możliwe, że gdzieś jakaś zaginiona pomadka jeszcze się znajdzie. Niestety jest to poniekąd efekt gonienia króliczka - a bo ta okropnie smakuje, ta słabo nawilża, ta jeszcze coś. Tylko trzy pozycje zasługują na zaszczytne miano ulubieńców roku. 

Nuxe Reve de miel to mój najlepszy balsam do ust ever. Żadne, absolutnie żadne smarowidło nie może się z nim równać (no chyba, że jeszcze go nie znam). Jest bardzo gęsty, treściwy, mocno otulający usta. Gdy nałożę go wieczorem, rano nadal czuję lekką warstewkę na ustach, a to niesamowite. Cudnie zmiękcza i regeneruje - o wiele mocniej i szybciej niż inne tego typu produkty. Cena może się wydawać wysoka (ok 30-50 zł), ale hej! Po pierwsze jest przecudowny w działaniu - działa najmocniej ze wszystkiego co znam, po drugie jest mega wydajny, wystarczy dosłownie odrobinka, a po trzecie ma większą pojemność od innych mazideł (to aż 15 g!), więc finalnie wcale drogi nie jest. Dla porównania - Tisane w słoiczku ma 4,7 g, Carmex 7,5 g. To też balsam multifunkcyjny, nic nie stoi na przeszkodzie by wetrzeć go w skórki przy paznokciach czy suche kostki na dłoniach (oczywiście przy zachowaniu zasad higieny). Jestem nieco rozdarta, bo z jednej strony już mi się strasznie znudził (używam go codziennie, dzień w dzień, bez wyjątku), a z drugiej nie znam lepszego, więc jeżeli kupię coś innego, to pewnie dołączy do gromadki pozostałych niedoskonałych mazideł. 

EOSy to balsamy budzące skrajne emocje. Albo się je kocha, albo nienawidzi, co jak najbardziej rozumiem. Ja na szczęście należę do pierwszej grupy, a te urocze jajeczka działają u mnie lepiej od niejednej pomadki w sztyfcie. Do tego mają przyjemne, owocowe zapachy i cudny skład. Bardzo lubię ich gęstą konsystencję, jakby woskową, mocno otulającą usta. Myślę, że warto spróbować takiego jajeczka choć raz, by się przekonać, do której grupy osób się należy ;). Wiele osób zarzuca im, że to tylko drogie, ładnie pachnące gadżety bez właściwości pielęgnacyjnych - ja się z tym absolutnie nie zgadzam, ale jak najbardziej wierzę, że u kogoś może tak być, bo u mnie wiele popularnych pomadek się nie sprawdza. 
EOS pojawił się w ulubieńcach 2015 oraz ulubieńcach 2016, ale w innej wersji smakowej ;)

Odżywcza pomadka do ust z peelingiem Sylveco to produkt kultowy. W kategorii peelingu do ust bije na głowę cukrowy Evree, na którym się niestety trochę zawiodłam. W pomadce Sylveco podoba mi się wszystko - specyficzny słodko-olejowy zapach, optymalny poziom ścierania bez ranienia ust*, a także sama "baza" pomadki, czyli masa, w której zatopione są kryształki cukru trzcinowego. Warstwa, która pozostaje po rozpuszczeniu drobinek przyjemnie otula i nawilża usta. Nie jest to więc tylko wygodny w użyciu peeling, lecz faktycznie pomadka z peelingiem. Nie przepadam za używaniem jej "w locie", czasem zostają kryształki cukru na ustach, potrzebuję lusterka dla pełnego komfortu. Jedyną jej wadą jest szybkie psucie się - to produkt naturalny. To już mój bodajże trzeci egzemplarz i mimo, że jest dość niewydajna (znika w oczach bo jest dość "miękka" ;)), nigdy nie zużyłam jej do końca. Jej PAO to tylko 3 miesiące od otwarcia (3M), ale sama lubi też zakomunikować o zakończeniu żywota zapachem zjełczałego oleju... Gdy się ją otworzy, trzeba wyciągnąć na wierzch i używać, a nie wrzucać do szuflady, nie ma przebacz ;)
*W przypadku mocno spierzchniętych ust może być odrobinę za mocna i niekomfortowa w użyciu, ale bez porównania do peelingu Evree, który dosłownie szarpie i rani usta dużymi, ostrymi kryształkami cukru. 

Włosy

Joanna Naturia pokrzywa zielona herbata szampon

Z racji tego, że myję włosy codziennie, przez moje ręce przewija się dużo szamponów. Ale w sumie jest tylko jeden, do którego non stop wracam i przewija się w moich denkach na tyle regularnie, że aż nie chce mi się o nim za każdym razem pisać ;) Joanna Naturia pokrzywa i zielona herbata to po prostu skuteczny, tani, prosty, SLES-owy oczyszczacz. Raczej nie do użytku codziennego bo to jeden z tych mocniejszych szamponów, ale często i chętnie do niego wracam. Dobrze myje, ładnie pachnie, jest tani...

Maski Kallos Color Aloe

Jak już wspomniałam powyżej - z racji tego, że myję włosy codziennie, przewija się u mnie sporo szamponów. Ale odżywki to już u mnie dosłownie hurt z dwóch powodów - po pierwsze codzienne mycie, a po drugie... długość włosów. Od ucha w dół oznacza u mnie jakieś 50-parę cm długości ;) Normalnie sięgają mi do lędźwi, ale gdy są mokre i ciężkie, dotykają już pośladków. Nie da się więc ukryć, że nie patrzę w stronę średnio- i wysokopółkowych produktów, bo zwyczajnie zbankrutuję. 

Na ratunek przychodzą mi Kallosy. I nie chodzi mi o żadną konkretną wersję. O Kallosy jako ogół :). Przewijają się przez moje denka non stop, miałam już różne wersje: Banana, Blueberry, Cherry, Multivitamin, Chocolate, Caviar, Vanilla, Latte, Jasmine, Argan, Pro-Tox. Teraz mam Color (otwarty), Aloe (w zapasie) i ponownie Chocolate (w zapasie). Zużyłam więc wiele litrów Kallosów ;). O jakiejś wersji pewnie zapomniałam. Uwielbiam je za to, że są duże, tanie i... dobre! To zwykłe, proste maski do włosów. Gdybym miała je oceniać jako maski, byłyby bardzo słabe - raczej jako baza do wzbogacania, niż samodzielna maska, z wyłączeniem wersji Pro-Tox, która faktycznie robiła znacznie więcej z efektem wow. Ale ja ich używam jako odżywek, na 2-3 minuty pod prysznicem i do spłukania, a w tej roli sprawdzają się świetnie. Ułatwiają rozczesywanie włosów, zmiękczają, dodają blasku. No i nie rujnują portfela :). Uwielbiam, kupowałam, kupuję i będę kupować. Nie wrócę tylko do wersji Vanilla oraz Latte. Podsumowując - jako tania odżywka tak, jako maska do włosów niekoniecznie.

Odżywki do włosów Garnier Hydra Fresh, Goodbye Damage, Awokado i masło karite

Zaskoczona jestem tym, jak bardzo moje włosy lubią odżywki Garnier. Ogólnie z marką mam mieszane relacje, ale odżywki kupuję chętnie co widać po denkach bo ciągle się jakieś pojawiają. Wersja Goodbye Damage to mój wieloletni ulubieniec, pojawiła się w ulubieńcach 2015 i ulubieńcach 2016, jak widać nadal ją kupuję ;). Jest najsilniejsza, najcięższa z całej trójki. Odżywia włosy najmocniej, wyraźnie je dociąża, nabłyszcza i wygładza, ale przy codziennym stosowaniu może obciążyć. Pięknie i owocowo pachnie. Hydra Fresh to nowość, która pojawiła się w 2017 roku. Poznałam dzięki testom na wizażu i od tamtej pory kupuję regularnie. Jest wyraźnie lżejsza od GD, nie dociąża tak włosów, lepiej się sprawdza na co dzień. Włosy są po niej lekkie, ale błyszczące i nawilżone. Pachnie świeżo, z ogórkową nutą. Z kolei Awokado i masło karite też używam od lat, chyba nie doczekała się debiutu w ulubieńcach, a zasługuje. Jest najrzadsza z tej trójki, przez to najmniej wydajna niestety, ale jednocześnie nie jest najlżejsza. Nie jest ciężka, ale wyraźnie sprawia, że włosy są bardziej śliskie, błyszczące i łatwo się rozczesują. Bardzo ją lubię. Odżywki Garnier moim włosom wyraźnie służą :)

Odżywka Balea Oil Repair

Balea Oil Repair to odżywka, która jest rzadka i... ciężka :D Za każdym razem miałam po niej efekt mega wow, włosy były bardzo dociążone, wygładzone, miękkie i błyszczące. Taka idealna, gładka, błyszcząca tafla. Zawiera proteiny, więc warto z nią uważać, ale ja zawsze używałam przed większymi okazjami, więc nie było okazji by przegiąć. Zawsze po jej użyciu miałam +5 do good hair day :). Szkoda, że niedostępna w Polsce, ale da się ją znaleźć w sklepach z chemią niemiecką lub sklepach online. 

Biovas Oleokrem Diamond, L'Oreal Mythic Oil, Gliss Kur odżywka dwufazowa w sprayu

Zabezpieczanie końcówek to temat równie ważny! Na najnajnajwiększą uwagę zasługuje L'Oreal Mythic Oil (moja wersja: Nourishing oil for all hair types). Jest dość drogi (ok. 50-60 zł), ale wart każdej złotówki. Po pierwsze, to ogromna butla 100 ml co jest plusem w kontekście wydajności i usprawiedliwia cenę (to produkt do użytku profesjonalnego, więc nie ma co się dziwić, że jest w dużej pojemności), ale będzie minusem dla osób z krótkimi włosami, które potrzebują tylko odrobinki - wtedy warto kupić z kimś na spółkę i się podzielić. Ma też cudny, luksusowo-orientalny zapach, jak perfumy. No i te właściwości... Olejek jest bardzo płynny i bardzo leciutki więc nawet jeśli na początku włosy nie wyglądają za dobrze, to po chwili świetnie się wchłania i nie obciąża!!! Świetny dla posiadaczek cienkich, delikatnych i podatnych na obciążanie włosów. Bardzo dobrze zabezpiecza, ujarzmia puch, wygładza i nabłyszcza. Czyli po prostu ideał ;). Dodajcie do tego opakowanie, które zdobi łazienkę i wygodną pompkę. Jak dla mnie - bez wad. Oczywiście należy na niego spojrzeć jak na silikonowe serum do włosów, a nie olejek o naturalnym składzie.

Oleokrem Biovax (wersja Diamond) kupiłam w sierpniu podczas -49%, więc można powiedzieć, że to mój ulubieniec drugiej połowy 2017. Pamiętam, że był szał na Oleokremy podczas promocji z okazji Dnia Kobiet, ale ja nie rozumiałam ich fenomenu. Dopiero wysyp pozytywnych recenzji (już dawno po promocji) dał mi do myślenia i spowodował sierpniowy zakup. Za pół ceny, bo prawie 20 zł wydawało mi się absurdalne za taką tubkę! Ach, w jakim ja byłam błędzie. Uprzejmie informuję, że ten produkt jest wart zakupu nawet w cenie regularnej ;). Po pierwsze, to produkt bez spłukiwania, więc używa się go dosłownie odrobineczkę. Wydajność oceniam więc na ekstremalną ;). Po drugie, to naprawdę jest krem, dosyć ciężki i gęsty, więc odrobineczkę należy traktować bardzo dosłownie. Ma przecudowny, kwiatowo-pudrowy zapach, również perfumeryjny. Jak już wspomniałam, to produkt ciężki, więc umiar należy traktować poważnie (w przeciwnym razie przyklap). U mnie najlepiej sprawdza się aplikacja na jeszcze wilgotne włosy (ale już nie ociekające ;)), wtedy po wyschnięciu są mega błyszczące, miękkie, wygładzone i dociążone. Odrobinkę dokładnie rozcieram w dłoniach i rozprowadzam na włosach, w razie potrzeby dokładam jeszcze trochę. Dobrze zabezpiecza włosy i polecam szczególnie w okresie zimowym, szalikowo-czapkowym :). Jest znacznie cięższy od Mythic Oil. Są też inne wersje Oleokremów, ale nie miałam z nimi styczności :) 

Odżywki w sprayu Gliss Kur kupuję na okrągło, w różnych wersjach. Ta sprawdza się bardzo dobrze, ale największy sentyment mam do różowej. Gdy się bardzo spieszę, spryskuję włosy, rozczesuję i wychodzę ;). Też są zabezpieczone, ładnie pachnące, odrobinę wygładzone i ujarzmione, ale nie aż tak, jak w przypadku poprzedników. Jeżeli chcę, by było jak trzeba, nakładam Mythic Oil lub Oleokrem na same końcówki, a Gliss Kurem spryskuję włosy na długości, wtedy mam full service ;). Lubię te odżywki!

Zobacz też: Jak dbam o włosy?

Joanna Multi Cream Orzechowy brąz farba do włosów

Joanna Multi Cream to farba, którą kupuję od lat. Obecnie mam 4 opakowania w zapasie, to chyba daje do myślenia ;). Włosy mają się po niej dobrze, nie wypłukuje się za szybko, gdyby nie odrosty, długo mogłabym ich nie farbować ponownie. Kolory nie wychodzą idealnie jak na opakowaniu, ale to zawsze zależy też od naturalnego koloru włosów. Ja się już do tego przyzwyczaiłam, a po kilku latach dokładnie wiem, czego się spodziewać po poszczególnych odcieniach. Najczęściej używam Orzechowego brązu, czasami Cynamonowego brązu, najrzadziej Kasztanowego brązu. Najważniejsze, że dobrze czuję się w swoim kolorze, włosy są zdrowe, a farbę kupuję za 5,99 zł w promocji <3. 

Inne

Vichy zielona kulka antyperspirant, Orphica Brow odżywka do brwi, bawełniane maseczki w tabletce

Z legendarną, zieloną kulką Vichy mam styczność po raz pierwszy. Ten egzemplarz mam od wakacji i nadal jest go sporo (PAO 12M), jednak muszę zaznaczyć, że nie używam codziennie. To najlepiej chroniący antyperspirant, jaki kiedykolwiek miałam i szczerze aż nie chcę używać go codziennie, żeby moja skóra się do niego nie przyzwyczaiła*. Zawsze zapewnia mi mega komfort na wiele godzin, uczucie suchości i brak jakiegokolwiek nieprzyjemnego zapachu. Chroni o wiele skuteczniej od zwykłych antyperspirantów. Choć spotykam się czasem z głosami, że to nie ten sam produkt, co kiedyś, że już nie chroni tak dobrze. Niestety nie mam porównania, ale z aktualnej wersji jestem ogromnie zadowolona. Chciałabym, żeby tak zostało, bo to obecnie mój jedyny pewniak ;). Zapach jest świeży, trochę męsko-morski, na początku mi przeszkadzał, ale już się przyzwyczaiłam.
*zupełnie nie rozumiem tej zasady działania bo niby wszystkie antyperspiranty opierają się na tym samym składniku, ale jeżeli używam w kółko tego samego, to już pod koniec opakowania działa wyraźnie słabiej, przy czym wystarczy zmienić na inną markę (przecież z tym samym składnikiem...), by znowu czuć się świeżo. Nie wiem, jak to działa, ale tak jest ;) 

Uwielbiam produkty takie jak odżywka do brwi Orphica Brow bo... kompletnie nie muszę Was przekonywać o działaniu. O ile w przypadku antyperspirantu w pewnym sensie musicie mi wierzyć na słowo (ok, wcale nie musicie, ale byłoby miło :)), tak w przypadku tej odżywki wystarczy spojrzeć na zdjęcia przed i po. I nie muszę nic więcej dodawać :D. Ale dodam, na wszelki wypadek - odżywka niebywale zagęściła mi brwi, spowodowała wzrost nowych włosków, a także wyraźnie je przyciemniła. Czy wzmocniła? Nie wiem, trudno mi to ocenić. Ale na pewno są gęstsze, pełniejsze i ładniejsze <3. Efekty zobaczycie tutaj: Orphica, odżywka do brwi. Wiem, że obecność bimatoprostu dla wielu osób będzie niekomfortowa, ale w przypadku odżywki do brwi absolutnie mi to nie przeszkadza z uwagi na odległość od oczu. Szczególnie, że używałam już wielu innych produktów o bardziej naturalnym składzie (olej rycynowy, L'Biotica, Regenerum, odżywka Alterra), które nie przyniosły ŻADNYCH rezultatów. 

Rok 2017 należał do bawełnianych masek w płachcie/płacie, nie tylko u mnie :). Myślę, że to bardzo fajny i wygodny trend, ale nie ukrywajmy - gotowe maseczki są drogie. Dopóki nie trafi się jakaś bardzo dobra okazja, niestety uszczuplają portfel i to znacznie. Ale można je tanio zrobić samemu! 50 szt. bawełnianych tabletek kosztuje niecałe 9 zł na AliExpress. Wystarczy je obficie nasączyć dobrym tonikiem lub serum bądź zrobić samodzielnie mix dopasowany do potrzeb i gotowe! :) Można też nasączyć płat i położyć na glinkę na twarzy, żeby zapobiegać wysychaniu. Zazwyczaj wlewam tonik do kieliszka i wrzucam do niego taką tabletkę. Na moich urodzinach nawet się śmiałam, że w tym domu wódki się nie pija, a wszystkie kieliszki służą mi do kosmetycznych mikstur, no cóż :D Kupicie je np. TUTAJ 

Marka

Zdecydowanie chciałabym w pielęgnacyjnych ulubieńcach 2017 roku wyróżnić jedną markę, która totalnie skradła moje serce. Jest to pewnie znane Wam dobrze Senelle :). Zdaję sobie sprawę z tego, że część osób zareagowała lekką niechęcią, ponieważ marka nagle zaczęła się promować na wielu blogach jednocześnie. A wszystkie recenzje brzmiały jak pieśni pochwalne, co może budzić wątpliwości co do ich rzetelności. Tylko że... ta marka naprawdę zasługuje na każde dobre słowo. Jak mało która!!! To młoda marka, więc nie ma co się dziwić, że się promuje. Ja miałam jak dotąd trzy ich kosmetyki i... wszystkie trzy okazały się WYBITNE. Nie, nie dobre. Wybitne. 

No bo wyobraźcie sobie, że w kosmetykach gra po prostu wszystko. Opakowanie jest nie tylko piękne, ale i funkcjonalne (szklany słoiczek z dobrze działającą pompką lub miękka tubka z zatrzaskiem). Zapachy są przyjemne i uprzyjemniają stosowanie, co w kosmetykach naturalnych nie zawsze jest oczywiste. Konsystencja dokładnie taka, jak być powinna, idealna. Przepiękne składy. Cena nie rujnuje portfela, jest optymalna - nienajniższa, ale i nienajwyższa, ale to cena za jakość. No i najważniejsze - działanie. W każdym kosmetyku dokładnie takie, jak być powinno - balsam do ciała cudownie odżywia i nawilża skórę na długo, nie jest to jakiśtam lekki gadżecik, tylko prawdziwie odżywcza bomba. Krem pod oczy nawilża sto razy lepiej od niejednego hitu blogosfery (arganowego Nacomi nie dałam rady zużyć zgodnie z przeznaczeniem), a przy tym jest przyjemny w stosowaniu i sprawdzi się zarówno na dzień cieńszą, jak i na noc grubszą warstwą. A peeling do twarzy totalnie zabił moje dotychczasowe postrzeganie peelingów i dotychczas posiadany (który lubiłam) zużyłam, za przeproszeniem, do tyłka. Serio. Wcześniej myślałam, że przecież każdy peeling do twarzy się sprawdzi, to ma tylko ścierać naskórek. A później poznałam Senelle ;). I okazało się, że on nie tylko idealnie ściera (a jest przy tym łagodny - bo drobinek jest dużo, ale nie są ostre, nie za duże i nie za małe), ale też cudownie zwęża pory, rozjaśnia skórę i sprawia, że jest taka ekstremalnie gładka, promienna i idealna. Peeling i pielęgnacja w jednym? Proszę bardzo ;). Gdyby mi ktoś powiedział, że byłabym w stanie wydać 55 zł na peeling do twarzy, to kazałabym mu się puknąć w czoło. A teraz absolutnie uważam, że warto i gdyby nie fakt, że mam jeszcze Sylveco ze starych zapasów (niestety gorszy :<), natychmiast kliknęłabym Senelle. Zresztą już miałam myszkę na "dodaj do koszyka", ale jak go kupię, to i Sylveco zużyję do pośladków bo już nie będę chciała go używać ;). 

Moim zdaniem to obecnie jedna z najciekawszych marek na polskim rynku. Super, że pojawiają się coraz to nowsze kosmetyki z podziałem na pory roku - z innymi składnikami aktywnymi. Jak dla mnie - najbardziej udany debiut 2017. 

Senelle wygładzający peeling do twarzy, nawilżający balsam do ciała, korygujący krem pod oczy

Ulubieńcy - zobacz też


Znacie któregoś z moich ulubieńców? :)
Mamy podobne zdanie?
Dziękuję za odwiedziny! :)

Jeżeli podoba Ci się tutaj - polub mnie na Facebooku oraz Instagramie,
będzie mi bardzo miło, a Ty nie przegapisz żadnych nowości! :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat, zostaw komentarz :)

Copyright © 2017 BASIA-BLOG.pl