czwartek, 1 lutego 2018

Podsumowanie miesiąca: nowości, zużycia, ulubieńcy, rozczarowania | styczeń 2018

Chwilowo mam w planie robić jeden podsumowujący wpis zbiorczy w miesiącu - bardziej zwięzły w słowach, ale dzięki temu będę mogła częściej publikować klasyczne recenzje ;). Gdy rozbijałam podsumowania osobno na nowości, zużycia, ulubieńców i rozczarowania zdarzało się, że pół miesiąca podsumowywałam poprzedni i brakowało mi miejsca (i czasu) na zwyczajne wpisy :). I zaraz nowy miesiąc i nowe podsumowania ;). Ale zobaczymy jak to wyjdzie. 

Zużycia

Odżywka Garnier Ultra Doux awokado i karite, Maska Pilomax Henna Wax, Maska Novex My Curls, Kallos Color, Peeling trychologiczny Pharmaceris

Ach te moje długie włosy! Zdenkowałam aż 4 produkty typu odżywki/maski! Na szczęście część z nich zahaczała o poprzedni miesiąc, więc nie jest to wynik tylko styczniowy ;). Odżywka Garnier Ultra Doux awokado i karite była bardzo dobra - świetnie ułatwiała rozczesywanie, pozostawiała włosy nawilżone, gładkie i błyszczące. Tylko trochę niewydajna... Chętnie do niej wrócę! Maska Pilomax Henna Wax okazała się być bardzo słaba. Miała okropny, bardzo sztuczny zapach, a włosy były po niej bardzo przeciętne i nijakie. Wszystko się wyjaśniło, gdy spojrzałam na skład (Aqua, Cetearyl Alcohol, Parfum...) - woda, emolient i JUŻ zapach? Tak szybko? Kallosy kupuję bardzo często, tym razem chciałam spróbować wersji Color. Ułatwiała rozczesywanie, nabłyszczała, dociążała włosy, generalnie byłam zadowolona, ale męczył mnie jej zapach i z tego powodu nie kupię ponownie. Herbaciany, ale w negatywnym znaczeniu, nieprzyjemny, jak jakiś osad lub niesmaczna, rozwodniona herbata. Maskę Novex My Curls chciałam komuś oddać (wpadła w jednym z pudełek), bo nie mam włosów kręconych, ale pomyślałam sobie - co mi szkodzi, przecież nie wypadną :D. Dobrze zrobiłam, bo okazała się świetna, a włosy miały po niej typowe "good hair day" i prezentowały się znakomicie - wygładzona, dociążona, miękka, lśniąca tafla. Peeling trychologiczny Pharmaceris męczyłam bardzo na siłę i wiem już, że NIE polubię się z peelingami mechanicznymi do skóry głowy. W ogóle nie chcę się wypowiadać na temat skuteczności, bo po kilku systematycznych razach nie zauważyłam żadnych efektów, a później już szukałam wszelkich możliwych wymówek, żeby tylko go nie musieć używać (nie mam czasu, nie mam weny, takie tam). Więc zużyłam bardzo na siłę z regularnością na poziomie raz w miesiącu - nie ma więc o czym mówić w zakresie działania. Wydawałoby się, że aplikator będzie ułatwiał dotarcie do skóry głowy - może i tak, ale wypeelingowanie jej w pozycji stojącej, pionowej, jest niemożliwe - włosy bardzo przeszkadzają. Peeling włosów, zamiast skóry, bez sensu. Trzeba to robić z głową spuszczoną w dół, nie ma innej rady. A ponieważ nie mam wanny, tylko niewielki prysznic, było to dla mnie bardzo niewygodne - nie mam się jak wygodnie pochylić tylko stoję jak jakiś przykurcz, a woda zalewa mi twarz. Nie chciałam peelingować tłustej skóry głowy (bo co to za robota), więc najpierw ze spuszczoną głową myłam włosy przez x minut. AŁA, mój kark! Później próbowałam jakoś wytrwać podczas peelingowania skóry głowy ze spuszczoną głową - AŁA, mój kark razy sto! Wypłukiwanie tych wszystkich drobinek zajmuje naprawdę dużo czasu, szczególnie z moich włosów do tyłka, więc stoję tak ze spuszczoną głową w nieskończoność - AŁA, mój kark razy tysiąc! A później jeszcze nakładanie maski/odżywki i późniejsze jej wypłukiwanie - AŁA, mój kark razy milion. A później jeszcze WALKA by jakoś te moje długie włosy z powrotem zaczesać do tyłu bo strasznie się plączą, jeżeli myję je z głową spuszczoną w dół. Nie bez powodu ZAWSZE myję włosy z głową odchyloną do tyłu pod prysznicem (więcej w: Jak dbam o włosy?). Nie, nie zniosę tego ponownie. To nie jest tak, że ten produkt jest zły - nawet tego nie wiem. Ale nie przekonam się do peelingów mechanicznych na skórę głowy.

Medispirant, antyperspirant do stóp i dłoni, Dezodorant Fa Invisible Power, żel pod prysznic AVON Apple&Cinnammon, plastry do depilacji Joanna z aloesem, pianka do mycia rąk Cien

Na tym zdjęciu są: 3 rozczarowania/buble i 2 przeciętniaki :/

Medispirant, antyperspirant do stóp i dłoni wyrzucam - pojawił się w kosmetycznych rozczarowaniachrozczarowaniach roku, a planuję jeszcze osobny wpis, by się jeszcze nad dziadem poznęcać, by na wszelki wypadek nikomu nie umknęło. Jeden z największych bubli, jakie kiedykolwiek miałam (nie pomaga, szkodzi, nieprzyjemny w stosowaniu). Dezodorantu Fa Invisible Power używałam głównie do stóp - w tej roli sprawdzał się dobrze. Czasem użyłam go również pod pachami, ale nie dawał całodniowej ochrony. Pingwinek - żel pod prysznic AVON Apple&Cinnammon jest też płynem do kąpieli, ale zużyłam w roli żelu pod prysznic. Zużyłam w sumie z przyjemnością, ale bez szału i nie na tyle, by do niego wrócić - pachniał pięknie, jabłkowo, bardzo naturalnie (jak świeżo starte czerwone jabłuszko <3), ale cynamonu nie czułam w nim za grosz. Samo jabłko. Dodatkowo, zapach był wyczuwalny tylko podczas kąpieli, a na skórze ciała już nic a nic. Więc myć mył, ale w sumie nic więcej. A, jeszcze po 2 użyciach wyrzuciłam dozownik do kosza na śmieci bo butelka jest bardzo twarda i trzeba używać ogromnej siły, by ten żel jakkolwiek wycisnąć. Później już miałam po prostu dużą dziurę z nakrętką ;). O plastrach do depilacji Joanny z aloesem będzie za chwilę (w rozczarowaniach), a pianki do mycia rąk Cien znalazły się w rozczarowaniach roku - waniliowa miała baaaardzo sztuczny zapach.

Żel-mleczko Alverde, emulsja Lirene SPF50, Płyn micelarny Garnier, Próbka podkładu Pixie Butter Cream

Żel-mleczko Alverde opisywałam szczegółowo w ulubieńcach listopada. Zaś emulsję Lirene SPF50 - w ulubieńcach roku, aktualnej pielęgnacji twarzy i kilka słów w ulubieńcach czerwca oraz ulubieńcach maja. Uwielbiam ten filtr i ZAWSZE muszę go mieć. Oczywiście mam już kolejną tubkę. Płyn micelarny Garnier to u mnie stały bywalec, lubię go za niską cenę, łagodność (mnie nie piecze) i dosyć dobrą skuteczność. Próbka podkładu Pixie Butter Cream - ostatnio zastanawiałam się, jaki odcień Pixie byłby dla mnie idealny i chyba żaden :P Skończy się na mieszaniu. Morning Gold jest ciut za jasny, zaś Dune już nieco za ciemny (żółto-zielonkawy, choć zdarzyło mi się paradoksalnie spomarańczowieć choć nie powinien, może kwestia kremu???). Z kolei Butter Cream to zupełnie nie to - jest zbyt cielisty, ale idący w ciepłe tony. Zupełnie nie moja tonacja kolorystyczna. Myślę, że dokupię Dune i pomieszam z Morning Gold. 

Plastry na nos Holika Holika 3-steps, Sunew ze śluzem ślimaka, Sephora Green Tea eye mask, 7th heaven tea tree, Sephora Lotus face mask, Bielenda hydro booster jelly mask, Dermaglin do cery trądzikowej

Maseczkowy potwór atakuje. Plastry na nos Holika Holika 3-steps coś wyciągnęły, ale bardzo niewiele jak na prawie godzinny rytuał (20 min step 1 + 15 min step 2 + 15 min step 3). Szkoda czasu. Znalazły się tu dwa rodzaje płatków pod oczy: Sunew ze śluzem ślimaka były żelowe, odczuwalnie chłodzące. Po ściągnięciu skóra nawilżona i lekko napięta, ale po jednym użyciu ciężko mi powiedzieć coś więcej. Zero wpływu na zasinienia, a opuchnięć akurat nie miałam ;). Sephora Green Tea eye mask były materiałowe, ogromne, mocno nasączone. Bardziej odświeżające, podobnie nie zauważyłam żadnych spektakularnych rezultatów poza odczuwalną warstwą na skórze po ściągnięciu i wklepaniu ;). Dwie maski w płachcie - 7th heaven tea tree miałam po raz kolejny, lubię ją za mocno odświeżające działanie (zapach zielonej gumy Orbit, lekkie chłodzenie) i uspokajanie niedoskonałości na skórze. Użyłam jej właśnie przed okresem, gdy moja cera postanowiła się zbuntować i trochę pomogła. Sephora Lotus face mask miała głównie nawilżać, koić i sprawiać wrażenie wypoczętej skóry. Płat był fantastycznie wyprofilowany i ponacinany tak, że w każdym miejscu mogłam sobie dowolnie regulować. Więc idealnie przylegała do skóry i była hmmm... ciasna, miała małe otwory na oczy (więc w pewnym sensie pielęgnowała też całą okolicę oczu) i mały otwór na usta. Bardzo mocno nasączona, ale taka... obślizgła :P Po zdjęciu skóra była lekko nawilżona, ale nie rozjaśniona, uspokojona też raczej nie. W środku zostało sporo płynu, który wklepałam w szyję i dekolt. Poprawna, ale bez zachwytu. Bielenda hydro booster jelly mask też miała być ultra nawilżająca, a była po prostu ok. Przyjemna, żelowa, wystarczy na całą twarz, szyję i dekolt. Po zmyciu maseczki Dermaglin do cery trądzikowej skóra była mocno zmatowiona, oczyszczona, pory lekko zwężone (ale bez szału), jedna dojrzewająca niedoskonałość zdawała się wyjść wyżej ;). Ogólnego rozjaśnienia cery raczej brak. Maseczka zmywała się fatalnie, a trzymałam ją pod nasączonym bawełnianym płatem - tym ze zdjęcia (mały, różowy "cukiereczek"). Dobrze zrobiłam, bo na brzegach bardzo wysychała, trzeba by się było napsikać. 

Chyba mam jakiś maseczkowy kryzys bo tylko jedna zrobiła na mnie większe wrażenie (7th heaven), a reszta po prostu ok. 

Waciki Isana, Chusteczki Dada, Łyżeczka miarowa ze ZróbSobieKrem (0,5 ml), odżywka Orphica Brow, gąbeczka do makijażu Lorigine

Waciki Isana - te, co zawsze. Chusteczki Dada - te, co zawsze. Łyżeczka miarowa ze ZróbSobieKrem (0,5 ml) wyżarta chyba od kwasu migdałowego. O efektach stosowania odżywki Orphica Brow pisałam pełną recenzję. Czułam, że już muszę za dużo dłubać po ściankach, by coś wydobyć, więc pora się pożegnać... O gąbeczce do makijażu Lorigine będzie za chwilę (w rozczarowaniach). 

porządki w kosmetykach

Porządki w kolorówce poskutkowały wyrzuceniem gromadki staroci. Matowe pomadki Wibo i Lovely dają efekt suchej skorupy na ustach i już nawet nie chciałam ich używać. Kolorowe tusze stanowczo za stare, by chcieć nałożyć je na rzęsy. Żel do brwi Essence stary + dla mnie za jasny, więc wyrzucam (mam ciemniejszy). Kamuflaże Kryolan już trochę wyschnięte, a i tak rzadko po nie sięgałam. Korektor Collection bardzo stary, Pixie również po terminie, ale mam nowy, więc żegnam się bez żalu :). Baza+top Provocater oraz baza+top Hyco też są już stare, a ich lakiery współpracują też z innymi bazami, więc nie ma problemu, nie odczuję braku. Baza Cashmere pochodzi z boxa kosmetycznego, w którym pojawiła się z kończącym terminem ważności (bez komentarza...). Eyeliner Eveline już nieco wyschnięty, ale mam inny, więc nie ubolewam :). EOS niemal zdenkowany, ale już zaczął dziwnie pachnieć (też mam nowego). Cienie do brwi Kobo też już swoje przeżyły, a obecnie używam innych :).

Nowości

Niewiele kupowałam, a sporo przybyło, jak to jest? :)

Plastry do depilacji Joanna z aloesem do ciała

Plastry do depilacji Joanna chciałam kupić w promocji, ale tak długo było mi nie po drodze, że zdążyła minąć ;) A później okazało się, że zamknęli mi Rossmanna (remont), więc udało mi się je dorwać w Kauflandzie (taniej niż w cenie regularnej w R.!!). Opowiem o nich za chwilę.

zakupy zróbsobiekrem kolorówka

Wspólne zamówienie z ZSK i Kolorówki z koleżankami blogerkami - skromne, 3 próbki pigmentów, 1 mała torebeczka krzemionki, 2 pary foliowych skarpetek (planuję użyć na grubszą warstwę kremu), kwas hialuronowy i biała glinka.

krem do rąk Neutrogena SPF20, bloker Ziaja, micel Garniera 700 ml

Na krem do rąk Neutrogena SPF20 polowałam od dawna - albo był niedostępny, albo w cenie regularnej (czekałam na promocję) - uważam, że dłonie warto chronić przed UV by wyglądały młodziej w przyszłości, a relatywnie niski faktor mi nie przeszkadza bo krem do rąk i tak często można reaplikować :). Bloker Ziaja jest następcą dla Medispirantu i już teraz czuję, że jest lepiej. Używam go tylko na dłonie, ale planuję też na stopy. Micel Garniera to był zakup spontaniczny i nieplanowany - 700 ml kosztowało 12 zł z groszami (kosze przy kasie), a ja znam, lubię i wiem, że zużyję.

waciki Isana Bio, patyczki O'Linear, olej arganowy Nacomi, maseczki nawilżające

Tym razem kupiłam waciki Isana Bio - są zdecydowanie lepsze od zwykłych (grubsze, bardziej miękkie, nie rozdwajają się), ale też odczuwalnie droższe bo to 60 szt. Patyczki O'Linear chwalił ktoś na YT (już nie pamiętam), że są świetne do korekty makijażu. Moje z Cleanic (z ulubieńców roku) są już bardzo trudne do zdobycia, nad czym ubolewałam, ale może to i lepiej? Bo moje pierwsze wrażenie wskazuje na to, że O'Linear mogą być nawet lepsze (i kosztowały 3,49 zł!). Kilka maseczek nawilżających dla kwaszącego się (i retinolującego) maseczkowego potwora. Olej arganowy Nacomi kupiłam w Hebe za 19,99 zł (naliczyło mi przy kasie 22,99 zł, ale się upomniałam i Pani była wyraźnie niezadowolona :(...) za sporą butelkę 50 ml. Nie miałam obecnie żadnego płynnego oleju poza sojowym, ale on jest raczej taki sobie, a potrzebuję czegoś do wzbogacania rozczarowującego kremu Mizon (rozczarowania roku), do glinek itd. Mogłam zamówić w ZSK, ale zapomniałam, ale w sumie kwotowo wyszło podobnie (ZSK 23,90 zł/60 ml, Nacomi 19,99 zł/50 ml). Ten z Nacomi jest nierafinowany, zimnotłoczony, więc ok. 

Lumene rozświetlacz w płynie Midnight Sun, Lumene CC Cream Ultra Light

To w sumie zakupy z grudnia, ale w moje ręce trafiły dopiero w styczniu - już prawie o nich zapomniałam :D. Akurat miałam możliwość skorzystania z baaaaaardzo dużej zniżki w Lumene i postanowiłam chwycić krem CC, który już kiedyś miałam w koszyku ale z powodu problemów z pewną drogerią moje zamówienie nie zostało zrealizowane. Jest bardzo jasny, a swatche wrzuciłam do przeglądu jasnych i bardzo jasnych podkładów. Wzięłam też rozświetlacz, który mogłam wcześniej poznać dzięki odlewce od Justyny :*

Sattva, olejek rewitalizujący na porost włosów

Jestem w trakcie testów olejku rewitalizującego Sattva, na pewno pojawi się recenzja :). 

AVON nowości kokosowe

Od firmy AVON dostałam kokosową paczkę-niespodziankę :). Po raz pierwszy mogłam pić wodę kokosową z młodego kokosa - była przepyszna i jestem bardzo wdzięczna firmie za to nietuzinkowe doświadczenie :). Właśnie używam żelu kokosowego (stoi pod prysznicem), jest bardzo przyjemny. Dobrze się pieni, ma ładny, kokosowy zapach. Nie jest sztuczny, jak to czasem bywa. Krem do rąk oddałam Izie (:*), a balsam wielofunkcyjny mojej mamie. 

Nivea krem do rąk kwiat wiśni i olejek jojoba olejek w kremie

W ramach testowania z Klubem Przyjaciółek Nivea, dotarła do mnie przesyłka z kremem do rąk Kwiat Wiśni i Olejek Jojoba. Być może pamiętacie, że byłam absolutnie zakochana w zapachu balsamu do ciała Nivea Kwiat Wiśni (klik), więc gdy tylko zobaczyłam, że to właśnie ten krem będzie wysyłany do testów, nie mogłam się doczekać przesyłki! To bardzo zgrabna, niewielka tubka (75 ml), idealna do torebki. Krem ma obłędny zapach i już dla samego zapachu warto go spróbować :D. Dodatkowo nie zawiera mocznika, który w okresie grzewczym bardzo mnie podrażnia, więc mogłam się śmiało zabrać za testy (yaaay!). Ma umiarkowaną konsystencję - nie jest rzadki, gęsty też nie, w sam raz. Szybko się wchłania, przyjemnie nawilża i otula dłonie. Raczej nie jest to jakaś super-odżywcza petarda, ale bardzo przyjemny krem do codziennego użytku i reaplikacji w ciągu dnia. Nie wiem tylko, ile kosztuje, bo na stronie Rossmanna jeszcze go nie widzę (ale inne kremy 75 ml kosztują 10,99 zł w cenie regularnej, a obecnie 7,99 zł w promocji). Po prostu - przyjemniaczek o pięknym zapachu, idealny do torebki. Z dużymi problemami skórnymi może nie dać sobie rady, ale w codziennej pielęgnacji sprawdza się w sam raz. 

kosmetyki do makijażu Eveline Cosmetics

Z kolei w przesyłce od Eveline znalazłam ogromny mix kolorówki :). Jestem w trakcie testów (nawet teraz, w tym momencie na twarzy ;)) i, jak można było się spodziewać po tak ogromnej ilości kosmetyków, moje wrażenia są różnorodne. Znalazło się tu kilka perełek, nad którymi będę się rozpływać ("dlaczego ja tego wcześniej nie miałam?!"), ale jest też kilka mniej udanych propozycji... ;). Zdecydowana większość to kosmetyki po prostu dobre. Niektóre produkty już znałam wcześniej :)

maseczki Chic Chiq

W konkursie u Kosmetyczny Fronesis wygrałam zestaw maseczek Chic Chiq - czytałam o nich same zachwyty i będę mogła się przekonać na własnej skórze, jak się sprawdzą <3. Dlaczego ich jeszcze nie użyłam? Nie było u mnie ostatnio żadnych większych okazji, by chcieć wyglądać "lepiej" (codzienność w odcieniach szarości) i było mi ich zwyczajnie szkoda. A są dość drogie, więc po zużyciu nie kupię ich lekką ręką... Zużyję w zwykły dzień i będę żałować, że już nie mam :D.

nowości ze spotkania

W styczniu byłam na przesympatycznym, nieoficjalnym spotkaniu z blogerkami urodowymi (pogaduchy, kawa, obiad). Być może widzieliście na Stories, bo co nieco relacjonowałam na bieżąco :). Powymieniałyśmy się z dziewczynami różnymi odsypkami, odlewkami, poprzygarniałyśmy różne niechciane kosmetyki i w ten sposób wróciłam z powyższą gromadką. W słoiczku na dole peeling wygładzający Sylveco od Ani. w fiolkach po lewej pomarańczowy olejek myjący z Biochemii Urody, olej marakuja Anwen, a w torebce strunowej po prawej puder glinkowy z Kolorówki od Pauliny. W środku pomadka Deborah Formula Pura 03 od Karoliny. U góry miniaturka płynu micelarnego Lumene i niespodzianka - płatki pod oczy Sunew od Justyny. U góry z prawej puder rozświetlający Becca i Makeup Atelier Paris HD od Bogusi. A na dole... Beauty Blender od Izy - tak, ten oryginalny, najprawdziwszy!!! Od lat bardzo chciałam spróbować oryginalnego BB, ale kurczę... było mi szkoda tyle kasy na gąbkę na kilka miesięcy... :( Iza miała, ale nie przepada za tą formą aplikacji, więc postanowiła zrobić mi niespodziankę. A ta okazała się spełnieniem moich wieloletnich ukrytych pragnień <3. Pierwsze wrażenia są ekstra :). Dziękuję dziewczyny - za przemiłe spotkanie i wszystkie dobroci :*. 

Wet n Wild Photo Focus Soft Ivory, Too Faced Born This Way puder

Od zoili z Czasami Kosmetycznie przygarnęłam za jasny dla niej podkład Wet n Wild i odsypkę pudru Too Faced. Dziękuję :*. Na razie co do podkładu mam mieszane odczucia bo zachowywał się bardzo różnie w poszczególne dni, ale zobaczymy. Z wzmożoną siłą testuję Eveline do wpisu, a później przyjdzie pora na WnW :). Jego swatche wrzuciłam do przeglądu jasnych i bardzo jasnych podkładów. Jest jaśniutki, żółto-brzoskwiniowy :). I choć dla wielu osób po prostu żółty, to osoby żółto-chłodne będą doskonale wiedziały, co mam na myśli :). 

Ulubieńcy

pianka aloesowa do mycia twarzy Holika Holika, serum z witaminą C LIQ CC, serum z retinolem LIQ CR, Insight Rebalancing szampon do włosów przetłuszczających się

Aloesowa pianka do mycia twarzy Holika Holika okazała się być niezłym przyjemniaczkiem. Ma formułę żelu, który w kontakcie z wodą zmienia się w piankę (taką dość zwartą, kremową). Dozownik chodzi sprawnie, w przeciwieństwie do żelu aloesowego HH - można wydobyć pożądaną ilość, nie wypluwa za dużo ;). Pachnie przyjemnie, ogórkowo. Dobrze myje, ale jednocześnie jest łagodna, nie ściąga skóry. Nie jest może aż tak łagodna, jak pianka Tess, ale dużo łagodniejsza od większości żeli do mycia twarzy. Uwaga na oczy - tam niestety piecze ;). Niemniej jednak używam jej codziennie rano z dużą przyjemnością (wieczorem pasty Fresh&Natural) i będzie mi smutno, gdy się skończy ;). 

Dwóm buteleczkom serum LIQ (CC i CR) chyba będę musiała poświęcić za jakiś czas osobny wpis, bo jest o czym pisać ;). Tutaj gra po prostu wszystko - opakowanie (funkcjonalne, ładne, wygodne), zapach (a raczej jego brak), konsystencja (taka, jak być powinna!) i działanie. Serum z witaminą C zauważalnie rozjaśniło cerę, a z retinolem spowodowało delikatne złuszczanie (co zostało zauważone natychmiast po wprowadzeniu, mimo że wcześniej same tegoroczne kwasy raczej mnie nie złuszczały). Moja cera wygląda teraz po prostu ładniej! Składy są proste, przejrzyste, zawierają tylko to, co trzeba. Obietnice nie są wydumane z kosmosu, producent obiecuje tylko, to czego faktycznie można się spodziewać. Co prawda jeszcze nie chcę pisać o długofalowych efektach - dopiero za jakiś czas, bo używam od ok. 2 miesięcy, ale na pewno za jakiś czas pojawi się pełna recenzja. Ale już teraz widzę, że jest dobrze! Jedynie cena trochę mnie bolała, bo prawie 120 zł za dwie szt... Ale przynajmniej wiemy, za co płacimy - za dobre produkty :)

Szampon Insight Rebalancing - RANY, JAKI TO JEST DOBRY SZAMPON. Jeżeli macie przetłuszczającą się skórę głowy, to koniecznie go chociaż spróbujcie. To jest pierwszy szampon, który naprawdę wydłużył u mnie świeżość włosów. Co prawda nadal muszę myć je codziennie, ale normalnie o 16 miałam już na głowie tragedię, a dzięki niemu wytrzymują do wieczornego mycia. Po użyciu włosy są bardziej miękkie, lekkie, nieco bardziej puszyste (nie mylić ze spuszonymi!!!), sypkie, takie jakby dziecięce... I dłużej świeże! Wady? Duża, nieporęczna butla 500 ml, do której muszę kucać pod prysznicem bo nie mam jej gdzie postawić (dobrze, że ma pompkę). Z tego co widziałam, jest jeszcze chyba 1000 ml. Zapach - trochę jak syrop, połączenie kilku olejków (z drzewa herbacianego, lawendowy) i mentolu to słabe połączenie. Na szczęście ulatnia się w ciągu dnia. A jeszcze apropo mentolu - chłodzi, nie przepadam. No i cena, ok. 40 zł za 500 ml - ale na szczęście jest wydajny. Obecnie mam otwarte dwa szampony - micelarny oczyszczający Nivea i właśnie Insight. Widzę kolosalną różnicę pomiędzy użyciem jednego a drugiego, nawet gdybym miała robić to naprzemiennie co drugi dzień. Będę musiała poświęcić mu osobny wpis, zasłużył na to! Zużywam dużo szamponów, ale żeby się nad nimi rozpływać w zachwytach? To się zdarza bardzo rzadko.

Rozczarowania

gąbka do makijażu Lorigine, Plastry do depilacji ciała z wyciągiem z aloesu Joanna,

Plastry do depilacji ciała z wyciągiem z aloesu Joanna widzicie po raz trzeci - nowości, zużycia, rozczarowania. No cóż. Kupiłam, zużyłam, nie lubię :D. Chciałam nimi wydepilować ręce - tzn. teoretycznie to zrobiłam, ale w praktyce nie wyszło. Bardzo słabo się kleją, ogrzanie ich w dłoniach jest niemożliwe. Każdy plaster podgrzewałam gorącym nawiewem suszarki, ale i tak wyrywał tylko część włosków, a część zostawiał. Próba ponownego ogrzania tego samego plastra zwykle kończyła się niepowodzeniem bo wcale nie chciał się już zbytnio kleić (taaa, za pierwszym razem też nie bardzo). Finalnie - zużyłam 12 plastrów na ręce, których NIE udało mi się dokładnie wydepilować. Jak wspomnę plastry Byly, które miałam poprzednio, to WOW - to były takie gęste, ciągnące, mega lepkie glutki, które usuwały wszystko! Ogromnie żałuję, że ta marka chyba nie przetrwała, bo nigdzie jej już nie widzę. Natychmiast kupiłabym kilka opakowań bo to niebo a ziemia. Na plus zasługuje tylko oliwka, ale nie bierzcie mnie na serio. W składzie: parafina, ekstrakt z rumianku, parfum. Po prostu ma cudowny, melonowy zapach, a ja uwielbiam zapachy arbuzowo-melonowo-ogórkowe i tracę dla nich głowę ;)

Piszę to z gigantycznym smutkiem, ale gąbka do makijażu Lorigine okazała się być mega bublem :(. Jest BARDZO twarda. Wcześniej miałam różowy Blend it (Neon Pink), który był mięciuteńki. Później czarny Blend it, który okazał się twardszy, ale nadal miękki. Później w moje ręce wpadło Lorigine i... poczułam się, jakbym wykonywała makijaż kamieniem, albo chociaż piłką kauczukową. Nawet przesiadka z czarnego Blend it była bolesna, a co dopiero z różowego! Lorigine jest koszmarnie twarda, a w dodatku prawie w ogóle nie jest porowata, co niesie za sobą szereg konsekwencji. (1) Wykonywanie makijażu jest bardzo nieprzyjemne - stemplowanie miękką gąbeczką to czysta przyjemność i zdarzało mi się tę chwilę przedłużać bo miło się tak gąbeczką popukać :D W przypadku Lorigine to katastrofa, jakbym się biła piłką po twarzy. (2) Wykonywanie makijażu trwa dłużej - bo każdy, najmniejszy skrawek skóry trzeba ostemplować "dupką" gąbki, która wcale nie chce się super uginać - miękkie gąbki lepiej dopasowują się do kształtu twarzy i po spłaszczeniu - stemplują jednocześnie większy obszar. Tu czułam się, jakbym każdy milimetr musiała puknąć osobno. (3) Gąbka nie jest porowata, więc nie pochłania nadmiaru produktu - rozmazuje go po skórze zamiast ładnie rozprowadzać. (4) Przez to podkład jest mniej trwały, bo nie jest jak dobrze wpracowany w skórę oraz (5) nie wygląda tak naturalnie, tylko mamy szpachlę na twarzy. I jeszcze jedno - (6) mycie tej gąbki to koszmar. Z jednej strony super, bo podkład nie wchodzi w nią zbyt głęboko, ale z drugiej strony - żeby ją namoczyć i odcisnąć, trzeba się nasiłować. Żeby namydlić, spienić - masakra. A żeby wypłukać? Nawet nie pytajcie. Po myciu gąbki byłam autentycznie zmęczona. Ściskanie jej wymaga użycia naprawdę sporej siły. Z czasem odrobinę zmiękła, ale z poziomu "katastrofa" do poziomu "bardzo źle". Plusy? Tylko dwa - większe krycie podkładu (kosztem braku naturalnego efektu, który najbardziej pokochałam w gąbeczkach) i mniejsze pochłanianie podkładu (nie jest porowata, więc nie wchodzi głęboko, tylko się rozmazuje po skórze). Dodam jeszcze, że ta gąbka kosztuje 45 zł w Rossmannie. Za 50 zł można mieć dwie Blend it, albo za 69 zł oryginalny Beauty Blender - a różnica w jakości jest kolosalna. Cieszę się, że w moje ręce wpadł BB, pozbyłam się Lorigine bez żalu, za to z ogromną ulgą. Męczyłam się z nią od października - i tak długo wytrzymałam, ponad 3 miesiące. A, w sumie jest jeszcze trzeci jej plus - po tym czasie wyglądała jak nowa, nic się nie zniszczyła. Więc wnioskuję, że byłaby bardzo trwała, ale kamień trudno zepsuć :P. Znacie za i przeciw, a decyzja należy do Was.

Miało być krótko :P
Jak tam Wasz styczeń kosmetycznie?
Dziękuję za odwiedziny! :)

Jeżeli podoba Ci się tutaj - polub mnie na Facebooku oraz Instagramie,
będzie mi bardzo miło, a Ty nie przegapisz żadnych nowości! :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz