czwartek, 8 marca 2018

Ulubieńcy i rozczarowania | luty 2018

Dziś kilka słów o 5 produktach, które mnie szczególnie zachwyciły lub rozczarowały w ostatnim miesiącu :) 

gąbeczka do makijażu Beauty Blender nude, patyczki kosmetyczne O'Linear, pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią, peeling typu gommage The Body Shop liquid peel, peeling wygładzający Sylveco

Pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią

Pasty używam regularnie od początku stycznia. Poznałam ją dzięki wygranej w konkursie u Odcienie Nude, o czym mogliście przeczytać w nowościach listopada (czekała na swoją kolej ;)). To bardzo ciekawy produkt! Nie bez wad, potrzebowałam czasu, by się z nią polubić. Jej konsystencja to coś pomiędzy olejem w postaci stałej (stężałej), napowietrzonym musem, a masłem. Niby jest zbita i zwarta, ale przy nabieraniu szpatułką lekko syczy, szeleści jakby była napowietrzona. Pierwsze próby kończyły się fiaskiem bo przy nabraniu na mokre dłonie lub na mokrą twarz, porcja ślizga się jak "mydło" taką całą grudką, ciężko się rozcierając. Najlepszą metodą (po wielu próbach zakończonych poirytowaniem) okazało się zwilżenie twarzy, wytarcie dłoni ręcznikiem, nabranie porcji szpatułką, roztarcie w suchych dłoniach i aplikowanie na (zwilżoną już) twarz. Z czasem tak się do tego schematu przyzwyczaiłam, że już tego "kłopotu" nawet nie zauważam ;). Pasta bardzo specyficznie pachnie - to coś pomiędzy cytrusami, geranium a ziołami. Zapach może ok, ale intensywny i bardzo męczący ;). Ale za to działanie wszystko wynagradza - pasta myje bardzo łagodnie, ale skutecznie, świetnie domywa wszelkie pozostałości makijażu, przy czym pozostawia skórę miękką i nieściągniętą. A spłukuje się praktycznie całkowicie, więc nie ma mowy o żadnej tłustej warstwie. Używam jej codziennie wieczorem i daje mi gwarancję dobrego oczyszczenia bez jakiegokolwiek ściągnięcia czy podrażnienia po kwasach czy retinolu :). Kilka razy przemywałam również oczy, ale uczucie mgły spowodowało, że zaprzestałam - więc tego akurat nie polecam ;). Ma naturalny skład i bazuje na różnych olejach i masłach roślinnych, nie jest testowana na zwierzętach. Data jest pisana ręcznie na opakowaniu i jest to również ręcznie przygotowany produkt. Ogólnie używam z przyjemnością :)

gąbeczka do makijażu Beauty Blender nude, patyczki kosmetyczne O'Linear, pasta do mycia twarzy Fresh&Natural z melisą i szałwią

Gąbka do makijażu Beauty Blender

Oryginalne jajeczko Beauty Blender podarowała mi w styczniu Iza, którą będę chyba całować po rękach :D Od bardzo dawna chciałam spróbować BB, ale nie ukrywam, że... było mi szkoda kasy :( O ile jestem w stanie bez problemu wydać te 70 zł na pędzel - bo to inwestycja na lata - tak nie rozumiałam sensu wydawania takiej kwoty na gąbeczkę, która posłuży kilka miesięcy (niektórym nawet 1,5 roku, ale tu już wchodzą grę kwestie higieny...). Bardzo się cieszę, że mogę poznać jej fenomen i nie ukrywam, że jest świetna. Idealnie porowata, świetnie zabiera nadmiar podkładu, przepięknie go rozprowadza, ultra-mięciuteńka nawet przed zmoczeniem, a po zmoczeniu to już w ogóle :) Łatwo się myje i wypłukuje (z Lorigine miałam dosłownie walkę przy umywalce...). Ideał pod każdym względem użytkowym, a rozprowadzanie nią podkładu i korektora to czysta przyjemność. Efekt końcowy idealny. Lepsza od wszystkich gąbek, jakie miałam do tej pory, w tym również Blend it. Ale czy warto ją kupić? Jeszcze trudno mi się wypowiadać bo uważam, że to zbyt wcześnie - zależy, jak długo wytrzyma. Ale z całą pewnością warto ją chociaż raz w życiu wypróbować :) 

patyczki kosmetyczne O'Linear

O'Linear, papierowe patyczki kosmetyczne 

O patyczkach O'Linear słyszałam gdzieś na YouTube. Nie wzbudziły wtedy we mnie absolutnie żadnej ekscytacji ani potrzeby zakupu (mimo, że recenzja ociekała zachwytem). Do momentu, w którym z Rossmanna zniknęły moje ulubione patyczki do korekty makijażu z Cleanic. Gdy zobaczyłam O'Linear na półce, wzięłam do ręki i... natychmiast wylądowały w koszyku :). Okazały się być jeszcze lepsze od Cleanic! Zdjęcie może tego nie oddaje, ale te końcówki są naprawdę malutkie - dużo mniejsze od standardowych patyczków do uszu, więc są bardzo precyzyjne. Do tego nie mają aż tak dużej tendencji do mechacenia się - te włoski aż tak się nie rozczapierzają, są zbite, więc łatwiej operować takim patyczkiem w strategicznych miejscach. Łatwo poprawić kreskę, powiekę upaćkaną tuszem lub inne makijażowe wpadki :). Dodam, że kosztują 3,49 zł... Naprawdę warto spróbować, choć nie są dostępne w każdym Rossmannie, ja kupowałam w takim większym, a w "moim" nie widziałam. 

Niestety w lutym mogę również wskazać dwa rozczarowania. 

peeling typu gommage The Body Shop liquid peel, peeling wygładzający Sylveco

The Body Shop Drops of Light, Pure Resurfacing Liquid Peel

Pierwszym jest peeling typu gommage, który dostałam od Justyny (:*) w grudniu (nowości grudnia). Zwykły żel, który nakładamy na suchą, oczyszczoną skórę, masujemy i po chwili zaczyna się rolować, rzekomo z naskórkiem. Brzmi pięknie, ale praktyka niestety taka piękna nie jest. Żel nie w każdym rejonie twarzy chce się rolować i o ile na policzkach faktycznie po chwili robią się takie farfocle jak po gumce do mazania, tak już na nosie i skroniach cały czas żel pozostaje żelem i nie roluje się ani trochę, dłonie ślizgają się bez żadnego efektu. Co najgorsze, te farfocle po chwili zastygają i... przywierają do skóry na amen, w szczególności na dole policzków (żuchwa). Niestety nie da się tego zmyć wodą, ani nawet wodą z mydłem. Wielokrotnie musiałam dosłownie skrobać paznokciami te zastygnięte, przyczepione do skóry farfocle - czasami tak mocno łapały się włosków, że wyrywały się wraz z nimi. Kończyłam z podrapaną, podrażnioną, zaczerwienioną brodą. Nie zawsze udawało mi się skórę wyczyścić, więc po nałożeniu podkładu wyglądałam, jakbym miała zaskórniki zamknięte w okolicy żuchwy <3. Na początku wydawało mi się, że może za długo masuję, może za bardzo daję im wyschnąć i powinnam spłukać szybciej, ale nie. Później trzymałam się kropka w kropkę instrukcji co do sekundy albo i krócej i niestety działo się to samo. Peeling spowodował we mnie taką traumę, że obecnie boję się go używać. I bez względu na to, czy jego działanie byłoby dobre, czy nie (w sumie nie wiem), to walory użytkowe sprawiają, że nie chcę na niego nawet patrzeć :). Chciałam go dać już w rozczarowaniach stycznia, ale dawałam mu kolejne szanse. 

Peeling wygładzający Sylveco

O dziwo, drugim rozczarowaniem... też jest peeling :D Odlewkę peelingu wygładzającego dostałam od Ani i jestem jej za to bardzo wdzięczna, bo kiedyś chciałam go kupić, a niestety bardzo bym tego żałowała. Z jednej strony fajny, bo skuteczny, a jednocześnie bardzo delikatny. Ale jest bardzo tłusty. Bogusia określiła go jako smalec i... coś w tym jest. Takie bardzo gęste, zwarte, ciężkie, tłuste coś... Już sam moment masowania twarzy jest (dla mnie) trochę nieprzyjemny, a spłukanie peelingu wodą w ogóle nie wchodzi w grę, trzeba go zmyć czymś z detergentem (żelem, pianką do mycia twarzy). Dla posiadaczek cery suchej to może być atutem, ale ja lubię, gdy po spłukaniu peelingu skóra jest po prostu czysta i świeża. Taki efekt daje mi oczyszczająca wersja peelingu Sylveco, a od wygładzającej będę się trzymać z daleka. 

Znacie któryś z tych produktów? :)
Dziękuję za odwiedziny! :)

Jeżeli podoba Ci się tutaj - polub mnie na Facebooku oraz Instagramie,
będzie mi bardzo miło, a Ty nie przegapisz żadnych nowości! :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz