Montagne Jeunesse, 7th Heaven, maseczki: Strawberry, Coconut, Tea Tree, Passion

Pozwoliłam sobie odrobinę skrócić nazwy maseczek w tytule, gdyż w pełnej wersji tytuł był zabójczo długi. Znajdą się tu maseczki: Strawberry Souffle, Coconut Protein Resque Masque, Tea Tree Sheet Masque oraz Passion Peel-off. Każda innego rodzaju: jedna maska klasyczna do zmywania, jedna w płachcie/płacie, jedna peel-off i jedna do włosów. Maski te otrzymałam na spotkaniu MAYbe Beauty (link do relacji) i w sumie ciekawie, że firma postawiła na różnorodność form. Z maseczkami Montagne Jeunesse miałam już styczność wielokrotnie, więc nie jest to dla mnie nowość. Część sprawdzała się lepiej, część gorzej i nie inaczej było w tym przypadku :) Z pewnością ma tu znaczenie rodzaj cery, ale też po prostu moje indywidualne oczekiwania. 


Maseczki otrzymałyśmy zapakowane w torebkę firmową, której klimat w 100% odzwierciedla szatę graficzną maseczek :)


Strawberry Souffle to maseczka nawilżająco-oczyszczająca. Jest ona niezastygająca, po 15 minutach od nałożenia należy ją po prostu zmyć ze skóry. I tu muszę wspomnieć, że zmywa się wręcz dramatycznie, bez gąbeczki lepiej w ogóle nie podchodzić... Miałam wrażenie, że maseczka tylko się rozmazuje i zupełnie nie chce się przenieść ze skóry twarzy na skórę dłoni - dłonie ślizgały się po twarzy bez żadnego skutku :P Miała przyjemny, zadziwiająco niechemiczny zapach jogurtu truskawkowego, który przypadł mi do gustu. Konsystencja była gęsta, niespływająca, przy rozcinaniu obawiałam się, że zacznie mi wypływać z każdego zakamarka saszetki, a tu nie - maseczka zebrała się na samiutkim dole. Miała w sobie granulki, jednak na tyle niewiele, że nie spełniają funkcji peelingującej, gdyby ktoś na to liczył. Po zmyciu skóra była wyraźnie rozjaśniona, wygładzona, z lekkim efektem blur, pory stały się mniej widoczne. Była miękka w dotyku, ale jednocześnie mocno oczyszczona, a więc obietnice producenta zostały w 100% spełnione. Efekt bardzo mi się spodobał! Mam tylko jedno (nie)małe ale... Maseczka była perłowa, co nie wzbudziło moich podejrzeń. Niestety po zmyciu okazało się, że na mojej skórze pozostało mnóstwo połyskujących drobinek.... No nie, to nie do końca to, czego oczekiwałabym od maseczki, mówiąc szczerze natychmiast miałam ochotę umyć twarz, by się ich pozbyć... 



fuj, te drobinki są straszne...






Coconut Protein Rescue Masque to regenerująca maska do włosów. Moja pierwsza myśl po rozcięciu maseczki "ooo, ale ładnie pachnie, kokosowo", niestety przy dłuższym trzymaniu zapach okazał się chemiczny, intensywny i męczący, a do tego... trwały ;) Więc denerwował mnie aż do kolejnego mycia ;) Ilość maseczki w środku była zaskakująco obfita, nieco się obawiałam czy taka jedna saszetka wystarczy na moje długie włosy, jednak okazało się, że było jej nawet ciut za dużo :) Na krótszych włosach może wystarczyć na więcej niż jedno użycie. Trzymałam ją na włosach tylko chwilę, może ze dwie minuty. Nie mam wanny, więc wygrzewanie się w wodzie nie wchodzi w grę. A stać z mokrym ciałem bezczynnie pod prysznicem mi się nie uśmiecha - zatrzęsłabym się z zimna na amen :) W związku z tym u mnie czas trzymania odżywki/maski jest równy czasowi umycia całego ciała. Przy spłukiwaniu czułam, że włosy były bardzo śliskie, bardzo łatwo się też rozczesały. Po wyschnięciu były bardzo miękkie i bardziej błyszczące niż zwykle. Niestety na drugi dzień (myję włosy wieczorem) były ciut suche, napuszone i niedopieszczone, wołające "pić!" ;) Myślę, że po prostu moje włosy nie lubią się z kokosem. 








Tea Tree Sheet Masque to stanowczo moja ulubiona maseczka z tego zestawienia i z przyjemnością do niej wrócę. Maska była zaskakująco ogromna, w związku z czym musiałam sobie porobić na twarzy "zakładki" by udało mi się ją założyć na usta. Nie stanowiło to jednak problemu i było jak najbardziej wykonalne. Była mocno nasączona, ale nie ociekająca. Zupełnie w sam raz. Zapach od razu skojarzył mi się z zieloną gumą Orbit (Spearmint) - miętowy, ale ciut słodkawy. Po nałożeniu czułam lekkie chłodzenie, mrowienie skóry, które nie było w żaden sposób nieprzyjemne. Maska dobrze trzymała się twarzy, więc mogłam się bez problemu zajmować wszelkimi codziennymi czynnościami, bez konieczności leżenia w obawie o jej spadnięcie. Po zdjęciu skóra była delikatnie zaróżowiona (może to mrowienie lekko ją zaczerwieniło?), ale z każdą chwilą jaśniała. Finalnie była bardzo miękka i gładka w dotyku, a także oczyszczona, jaśniejsza.








Passion Peel-off to już ostatnia maseczka w tym zestawieniu, ma być przede wszystkim oczyszczająca. Chyba najmniej się polubiłyśmy, choć teoretycznie właśnie tego oczekuję najbardziej - oczyszczenia. Maseczka jest dość gęsta i na początku mogłoby się wydawać, że jest jej za mało, ale nie należy przesadzać z grubością warstwy, gdyż wtedy ma problem z zaschnięciem. Po 25 minutach zaczęłam ją ściągać, ale niestety środkowy obszar policzka nadal był wilgotny i musiałam poczekać dłużej, aż zaschnie (być może właśnie tu nałożyłam najwięcej). Należy uważać na brwi, by ich nie pokryć (niestety mi trochę spłynęło), ale nie jest to jakiś mocno trzymający mocarz (jak Pilaten), by zrobić sobie depilację. Po prostu będzie ciut więcej zabawy ze zmyciem tego. Po ściągnięciu skóra była gładka, jakby śliska, miękka w dotyku, trochę napięta. Nie była zaczerwieniona, ale nie była też rozjaśniona, taka... normalna :P Pory w okolicach nosa również nie zostały zwężone. Efekt taki bez szału. 






Podsumowując, maseczki sprawdziły się różnie, ale myślę że to normalne - każda z uczestniczek ma inną cerę, a każda otrzymała te sama maseczki (tak mi się przynajmniej wydaje?). Myślę więc, że tu jest dużo kwestii indywidualnych - właśnie rodzaj cery i preferencje, oczekiwania odnośnie efektu. W mojej własnej hierarchii najlepiej sprawdziła się Tea Tree, polubiłam ją za wygodę użycia i ładne oczyszczenie skóry. Strawberry dała świetne połączenie nawilżenia z oczyszczeniem, ale te wszechobecne drobinki po (długotrwałym i trudnym) zmyciu mnie odrzucają. Coconut teoretycznie jest świetna (no, może poza zapachem), ale moje włosy chyba nie bardzo lubią kokosa i na drugi dzień wyglądały nieciekawie, na suche i napuszone. Z kolei Passion Peel-off dała na mojej skórze dość mizerny, nijaki efekt. Maseczki te są dostępne m.in. w Hebe :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat, zostaw komentarz :)

Copyright © 2017 BASIA-BLOG.pl , Blogger