poniedziałek, 17 lipca 2017

Kosmetyczne rozczarowania

Przed przeczytaniem wpisu bardzo Was proszę o przeczytanie tych kilku słów wstępu :) Czuję, że wystawiam się na pożarcie rekinom, bo w moich rozczarowaniach znajdzie się kilka kosmetycznych "hitów" blogosfery. Znajdzie się tu kilka produktów, które nie są co prawda bublami, jednak nie spełniły moich oczekiwań w 100% - być może były one zbyt wygórowane? Nie chcę przedłużać, ale pamiętajcie o jednym - to moje subiektywne opinie, jest tu kilka produktów powszechnie znanych i uwielbianych więc to, że nie sprawdziły się u mnie nie znaczy, że nie sprawdzą się u Was :) No to zaczynamy ;)

W tym miesiącu rozczarowania pojawiły się oddzielnie od ulubieńców (klik - Ulubieńcy czerwca), ponieważ tak naprawdę nie są to produkty (a przynajmniej nie wszystkie), które rozczarowały mnie dokładnie w czerwcu. Część z nich znam już długo, ale jakoś nigdy nie było sposobności, by o nich napisać, więc teraz zebrałam je w jeden wpis. 

Żel aloesowy

Żel aloesowy jest takim hitem dla (prawie) wszystkich, że aż strach pisać o nim inaczej, niż w samych superlatywach. Być może to właśnie te wszystkie zachwyty sprawiły, że wyobrażałam sobie zbyt wiele i nastąpiło rozczarowanie. I nie chodzi mi tu nawet o żel jakiejś konkretnej firmy, tylko o ten rodzaj produktu. Żel Gorvita miałam już dawno temu, ale ostatecznie używałam w nadmiarze, byleby szybko zużyć, bo nie było z tego miłości. Myślałam, że może z czasem będzie inaczej, więc kupiłam ponownie (na fali zachwytów), ale jeszcze raz "meh". Postanowiłam, że wypróbuję ten sławny Holika Holika, a nuż jest lepszy! Nic z tego, nadal "meh". Niby jest to produkt do wszystkiego - do ciała, do twarzy, do włosów, ale dla mnie jego działanie jest zupełnie niewystarczające. Odświeża i koi - tak. Łagodzi - trochę. Ale czy nawilża? Dla mnie stanowczo za mało. Jest super-lekki, wchłania się niemal natychmiast i już po chwili czuję jedno wielkie "nic", nawet przy dłuższym stosowaniu nie wydarzyło się nic szczególnego, jakbym się smarowała wodną, ładnie pachnącą galaretką. Ani moje włosy, ani moje ciało, ani nawet twarz nie postanowiły się z nim polubić. Może jako serum pod krem, może na włosy pod olejowanie... Ale samodzielnie - na pewno nie, nie rozumiem fenomenu.


Matowe cienie w kremie

No, lecę po całości, drugi hit blogosfery. Oczami wyobraźni widzę już uciekających obserwatorów :) Doskonale pamiętam, jaki szał zrobiła seria matowych cieni Color Tattoo. Podobno idealnie się rozprowadzają, podobno są super trwałe, podobno świetnie się sprawdzają jako baza pod cienie. A ja przy każdym z tych stwierdzeń mówię stanowcze "nie". Nie rozprowadzają się idealnie, bo są gęste i plastelinowate, trochę się rozpuszczają pod wpływem ciepła opuszków palców, ale żeby jakoś super, to nie. Nie są super trwałe, bo bardzo szybko zbiera mi się tłusta kreska w załamaniu powieki, kombinowałam z przypudrowaniem (przed, po, a nawet przed i po), ale nic to nie dało. Ostatecznie i tak musiałam używać bazy pod cienie (i wtedy było ok), ale skoro już jej używam, to zdecydowanie wolę sięgnąć po cień prasowany, czy sypki. Nie sprawdzają się u mnie jako baza pod cienie, bo (jak wyżej) po prostu nie są trwałe, wszystko mi się zbiera w załamaniu. Czarę goryczy przelewa fakt, że moim zdaniem wyglądają na powiekach bardzo nieświeżo, tak jakby były zwarzone. Początkowo myślałam, że to wina felernego egzemplarza, ale gdy drugi kolor zachowywał się tak samo, a później w moje ręce trafiły cienie Bell, które też to robią, no to hej, coś tu jest nie tak. Najbardziej martwi mnie to, że jak kilka razy skomentowałam na blogach (w recenzjach tych cieni), że ich nie lubię bo już na dzień dobry wyglądają jak zwarzone, to zwykle słyszałam odpowiedź w stylu "u mnie nic takiego nie ma miejsca". Patrzę jeszcze raz na zdjęcia autorki, a tam dokładnie to, o co mi chodzi... ;) Czy tylko ja to widzę? Dodam jeszcze tylko, że chodzi mi wyłącznie o formułę matową, bo cienie błyszczące (np. Maybelline On and on bronze, czy Catrice Made to Stay, nie pamiętam jaki miałam numer, był już mocno po terminie i z bólem serca wyrzuciłam) mają zupełnie inną konsystencję i tych używam z ogromną przyjemnością. Lubię cienie matowe do kresek, do brwi, ale na całą powiekę - z pewnością nie. 


Plastry i maseczki na wągry

Miałam już naprawdę różne produkty do wyciągania zaskórników. The Face Shop Blackhead EX Nose Clay Mask, słynna maska Pilaten, plasterki Montagne Jeunesse Unclog Pore Strips, jeżyki Skin79, które podobno miały być takie super i z pewnością coś jeszcze, o czym już zapomniałam. Wszystkie przyniosły taki sam rezultat, czyli żaden. Wyciągnęły może dwie czy trzy sztuki. Dwie czy trzy sztuki to ja mam na milimetr kwadratowy :) Próbowałam robić parówki przed użyciem, również nic to nie dało, siedzą głęboko i nie chcą wyjść. Nieprzyjemne i nieskuteczne. Może to moja skóra jest pancerna ;)


Skin79, Super+ Beblesh Balm, Triple Functions (Orange)

Ogromnie żałuję, że moja skóra nie dogadała się z tym kremem BB. Ma SPF50 i jako jeden z niewielu kremów BB ma dość ładne tony. Pomijając już fakt tego, że jest za ciemny (nie jego wina :P), niestety nie służy mi formuła. Moje sebum go rozpuszcza, szybko się warzy w okolicach nosa i na brodzie, szybko się świeci. Generalnie - szybko zaczyna wyglądać źle. Szkoda, ogromna szkoda!

Swatche zobaczycie tutaj:


Batiste, suchy szampon, wersja Tropical

Ogólnie lubię suche szampony Batiste. Nie są bez wad, mam się do czego przyczepić, ale generalnie zawsze jakiś musi stać w mojej łazience "na wszelki wypadek". Ostatnia deska ratunku przed nagłym wyjściem lub podczas wyjazdów z gorszymi warunkami sanitarnymi :) Właśnie na wyjazd kupiłam wersję Tropical i o mamuniu, jaki ten zapach jest męczący! Bardzo słodko-kokosowy, mdły do granic możliwości. Tak mnie po nim mdli, że po użyciu czuję się jeszcze gorzej niż przed :D Zachowuje się w sumie tak samo jak inne standardowe (niebarwione) Batiste, ale ten zapach... Spodziewałam się czegoś świeżo-egzotycznego, a nie cukru polanego lukrem z aromatem kokosowym. 


Yves Rocher, Sensitive Végétal, łagodzący płyn micelarny

Jeżeli mnie pamięć nie myli, otrzymałam go za założenie karty w Yves Rocher. Mój główny zarzut to brak skuteczności. Jest łagodny, nie piecze w oczy, przyjemnie odświeża twarz jako tonik, ale totalnie nie radzi sobie z makijażem. Z twarzą może jeszcze, ale oczy... Ma problem nawet z niewodoodpornym tuszem :/ Ilekroć po niego sięgnę, przyłożę wacik, czekam, a tu lipa, zejdzie z 10%, a reszta nadal na rzęsach, no przecież nie będę trzeć w nieskończoność. Zawsze kończy się tak, że sięgam po coś innego. Dobrze, że miniatura i dobrze, że go nie kupiłam.


Nacomi, krem arganowy pod oczy

Od razu zaznaczę, że ten krem nie jest bublem. Po prostu zupełnie mnie nie zachwycił, mimo że zachwycają się (prawie) wszyscy. Nastawiłam się na niego bardzo, nie mogłam się doczekać, aż go otworzę, a tu klops. Wcześniej używałam kremu Vichy i gdy tylko go skończyłam, z pełną ekscytacją dobrałam się do Nacomi i... poczułam zawód na zasadzie "tylko tyle?". Jakbym się przesiadła kilka klas niżej. Odnoszę wrażenie, że jest nieadekwatnie gęsty i tłusty do działania. Wcale nie nawilża i nie odżywia jakoś super-ekstra-mocno (choć jak najbardziej poprawnie!), a jest mega gęsty i tłusty. Poużywałam go z miesiąc i gdy tylko w moje ręce trafił krem pod oczy Senelle, natychmiast zdradziłam Nacomi i ufff, znowu jest fajnie. Senelle jest nieporównywalnie lżejszy i przyjemniejszy w stosowaniu, a przy tym skóra ma się bardzo dobrze. Nacomi to krem dobry, przyzwoity, ale nie wybitny. Przynajmniej dla mnie. Gdyby z tą ciężką formułą szło w parze fenomenalne nawilżenie - nie ma problemu, mógłby być nawet jeszcze bardziej upierdliwy. Ale nic takiego nie poczułam, jest po prostu ok i nic więcej.


Kobo, Eyebrow Pencil

Ta kredka również nie jest bublem, po prostu jest średnia. Ogólnie jej używam, ale raczej na mniejsze niż większe wyjścia. Ma fantastyczny kolor chłodnego brązu (ale nie do przesady, nie jest niezdrowo szara czy fioletowa). Posiada szczoteczkę, ale niestety nie spiralkę. Nie lubię takich szczoteczek, nie jest też chowana, więc się kurzy lub ociera w szufladzie o inne przedmioty. Sama kredka jest bardzo miękka, dla mnie za "tłusta". Parę pociągnięć i już połowa rysika zjechana, non stop trzeba ją temperować. Wcale nie używam jej jakoś często, a znika w oczach! No i nie lubię tego "ślimaczego" uczucia na brwiach, wolę ciut twardsze kredki (ale też nie do przesady...), nie jest też zbyt trwała. Szkoda, bo kolor jest super.

Swatche zobaczycie tutaj:


Medispirant, żel do stóp i dłoni

Niestety "cierpię" na nadpotliwość stóp i dłoni. Na reszcie ciała nie mam tego problemu, ale na dłoniach i stopach owszem. Nienawidzę podawać innym dłoni, moment witania i przedstawiania się jest dla mnie zawsze bardzo stresujący. Postanowiłam spróbować Medispirantu, był tani (ok. 11 zł), więc co mi szkodzi. To lekki, bezzapachowy i bezbarwny żel, co prawda trochę się klei, ale używa się go na noc, więc zupełnie mi to nie przeszkadzało. Niestety sobie nie poradził. Czułam zmianę, tak jakby moje dłonie się "dusiły" (specyficzne uczucie, którego nie da się opisać, jeżeli się tego nie doświadczy), ale i tak się odczuwalnie pociły, więc problem nie został zażegnany. Może spróbuję z jakimś blokerem. 


To już koniec moich rozczarowań. Pamiętajcie, że to moje subiektywne zdanie i u Was te produkty mogą się sprawdzać zupełnie inaczej. Czasem jest to kwestia indywidualnych potrzeb skóry, a czasem po prostu innych wymagań odnośnie kosmetyków. 

Jeżeli macie inne zdanie na temat któregoś z tych produktów, koniecznie dajcie znać :) 
A jeżeli się ze mną zgadzacie - też dajcie znać :D
Dziękuję za odwiedziny! :)

Jeżeli podoba Ci się tutaj - polub mnie na Facebooku oraz Instagramie,
będzie mi bardzo miło, a Ty nie przegapisz żadnych nowości! :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Chętnie poznam Twoje zdanie na ten temat, zostaw komentarz :)

Copyright © 2017 BASIA-BLOG.pl